Olivia Rodrigo zapowiada rozszerzoną edycję albumu Guts

Dobra wiadomość dla fanów Olivii Rodrigo. Wokalistka znana z hitów, takich jak drivers licensedeja vuget him back! czy też vampire, właśnie zapowiedziała wydanie rozszerzonej wersji swojego najnowszego albumu.

Still at their very best. Relacja z koncertu The 1975 w Warszawie

Polski rynek muzyczny i eventowy rozrasta się we wspaniałym tempie. Widzowie chcą coraz więcej, i coraz więcej są gotowi wydać na słuchanie dobrej i różnorodnej muzyki na żywo. Chociaż pandemia nieco spowolniła ten trend i przyczyniła się do upadku kilku dużych, polskich graczy koncertowych, to teraz możemy się cieszyć kolejnymi zapowiedziami i odwiedzinami międzynarodowych gwiazd muzyki alternatywnej i popularnej.

Na fali tego zjawiska 13 marca w Warszawie na Torwarze zagrał zespół The 1975 w ramach swojej ogólnoświatowej trasy Still… At their very best. Występ trwał prawie około dwóch godzin, a poprzedzał go support Bena Stellara. Jest to element trasy stanowiącej największe w historii zespołu występy w Europie. To jeden z ostatnich koncertów grupy w ramach kampanii album „Being Funny In A Foreign Language”.

Setlista europejska jest okrojona, zdecydowanie krótsza od jej amerykańskiej wersji. Oprócz kilku piosenek okrojono ją również ze sceny B. We’re the 1975 from Manchester to praktycznie jedyne słowa, które główny wokalista, Matty Healy, skierował bezpośrednio do widowni. Jeśli wierzyć plotkom – to i tak lepiej, niż w Berlinie, w którym przez cały koncert się nie odezwał. Z jednej strony to przykre, z drugiej zrozumiałe jest dostosowanie formy show do obecnego samopoczucia artystów.

Nie chciałabym tylko narzekać. Koncert niezależnie od drobnych usterek był wspaniały. Spektakularna była przede wszystkim setlista, na której nie zabrakło największych hitów zepsołu; tych powszechnie znanych jak About you i Somebody else, ale również ukochanych przez fanów, jak Woman. Cały akustyczny set robił wielkie wrażenie, tym jak udało się wtedy zupełnie zmienić atmosferę na stadionie, a rozkrzyczanych i roztańczonych słuchaczy zamienić na chwilę w uważnych odbiorców, wpatrzonych w śpiewaka z gitarą, który jak się okazało nie potrzebował żadnych fajerwerków i dodatkowych scen, żeby w zachwycający sposób przedstawiać swoją muzykę. Wspaniałe były też te hucznie wykonane utwory, z całym zespołem i ąturażem. Wspaniale było usłyszeć po kolei Robbers, Somebody Else, a potem I always wanna die (sometimes). To zestawienie stworzyło jedną, spójną, ekstatyczną całość, porywającą w równym stopniu wszystkich obecnych na widowni odbiorców.

Pomimo pewnych wad – zauważalnych raczej dla zaangażowanych fanów, niż przychodzących na wydarzenie zainteresowanych obserwatorów – koncert w ramach trasy Still… At their very best to świetne widowiska i uczta muzyczna. Zaproponowany wybór piosenek zachwyca zarówno wytrawnych słuchaczy zespołu, jak i mniej obeznanych z ich twórczością fanów. Być może nie zobaczymy na niej niesamowitych efektów specjalnych – ale przy tak dobrej muzyce nic więcej nie jest potrzebne.

Jennifer Lopez i (G)I-DLE prezentują wspólny utwór

Amerykańska artystka na swoim koncie na wiele współprac z szeroką gamą osób artsytycznych, należą do nich między innymi Pitbull, Cardi B czy Iggy Azalea. J.Lo kolejny raz postawiła na międzynarodową współpracę i zaprosiła koreański girlsband do remixu utworu pochodzącego z jej najnowszego albumu. Poznajcie szczegóły!

W piątek 15 marca do sieci trafiła odświeżona wersja utworu This Time Around, do którego Jennifer Lopez zaprosiła k-popowy girslband (G)I-DLE. Główna linia melodyczna kawałka została niezmieniona, jednak piosenka zyskała trzeci wers, w którym YUQI, Minnie, Soyeon i Mieyon śpiewają zarówno po angielsku, jak i Koreańsku.

This Time Around oryginalnie pochodzi z 9. albumu studyjnego Jennifer Lopez This Is Me… Now, który swoją premierę miał 16 lutego tego roku. Jest to jej pierwszy album powstały we współpracy z Nuyorican Productions oraz BMG Rights Management, wydawnictwo głównie skupia się na związku Jennifer Lopez z aktorem Benem Affleckiem. Jednocześnie krążek jest rozwinięciem jej trzeciego albumu This Is Me… Then.

Komfort Tworzenia. Rod Stewart with Jools Holland – Swing Fever, 2024 (recenzja)

Kiedy artysta osiągnie już wszystko co chciał albo wszystko, co można było osiągnąć, zaczyna na nowo bawić się tym, co robi. To słychać na albumach, czasem pełnych eksperymentów, jak u Beatlesów, innym razem jest to powrót do korzeni i inspiracji, jak w przypadku ostatnich krążków The Rolling Stones. Są też oczywiście albumy świąteczne, ale to inna bajka. Gdzieś pomiędzy mamy też wydania składające się z coverów i standardów, z którymi często łączy się także przeskok gatunkowy. Na tę właśnie opcję zdecydował się Rod Stewart, który 23 lutego podzielił się ze światem albumem Swing Fever, wypełnionym po brzegi big-bandowymi klasykami.

Do złotej ery jazzu i swingu Sir Rod zdecydował się powrócić w towarzystwie Joolsa Hollanda.

Dostaliśmy 13 utworów, które chociaż znane i potraktowane z należytym szacunkiem, bez zbędnych wariacji i eksperymentów, tworzą muzyczny wehikuł czasu, którym muzycy porywają z niezwykłą gracją.

Album otwiera Lullaby Of Broadway i rzeczywiście się kołysze, ale zdecydowanie nie zachęca do spania chociaż, zazwyczaj dużo bardziej szorstki głos, na jego potrzeby nieco łagodnieje i wycisza się, to orkiestra zadziornie drażni ucho. Wszystko jest na swoim miejscu, jednak już tutaj widać, że to album wydany dla zabawy, przyjemności samych artystów i nie każdy fan Stewarta zaspokoi nim głód na nowy materiał od swojego idola. Jest to bowiem powrót wypełniony standardami, które już słyszeliśmy i to w wykonaniu wielu artystów, tak jak na przykład w przypadku Oh Marie, czy Sentimental Journey.

Rod Stewart czaruje tu nie tylko umiejętnościami wokalnymi, nie bez znaczenia jest tu też jego natura showmana. Czy to dziwne, że podczas słuchania albumu studyjnego miałam wrażenie, jakbym nagle przeniosła się na salę koncertową i była niezwykle blisko swingującej orkiestry? Myślę, że w przypadku tego artysty, gdzieś na poziomie podświadomości właśnie na to liczyłam i dostałam dokładnie to, czego chciałam. Okrzyki, interakcja z orkiestrą i puszczenie swoistego oczka do słuchacza, przewija się tu niemal nieprzerwanie, wyraźnie da się to zauważyć chociażby na Pennies From Heaven.

W Night Train słyszymy trochę mocniejsze brzmienie, ale gitary, które dołączają znacznie odważniej do orkiestry, nie zaburzają dotychczasowej swingującej koncepcji.
Love is The Sweetest Thing, czy Them There Eyes przypominają o tym, że na klimat składa się przynajmniej kilka elementów, od odpowiedniego natężenia, balansu pomiędzy instrumentami, a głosem, ale też dopasowanie głosów towarzyszących. Na tym albumie to właśnie te ostatnie tworzą bardzo ważną wartość dodaną. Jeśli mimo wszystko, tęsknicie za odrobiną zadziorności i rockową nutką to i ją dostaniecie, chociaż będą to zazwyczaj domieszki różnych gatunków tak, jak w przypadku Good Rockin’ Tonight.
Aint Misbehavin’ oraz Frankie and Johnny to przykłady na to, że tworzenie tego albumu, było dla Roda najprawdopodobniej dość instynktowne i naturalne, taki przynajmniej sygnał dociera do moich uszu. Chociaż wiadomo, że odnalezienie się wśród nagromadzenia instrumentów tworzących całą orkiestrę nie jest wcale łatwe, Rod wrzuca na ten album niezwykły luz.

Są utwory zwyczajnie wyśpiewane, niektóre można też wyrecytować, Walkin’ My Baby Back Home znajduje swoje miejsce gdzieś pomiędzy.
Niektórzy mówią, że uśmiech da się usłyszeć, jeśli szukacie potwierdzenia, można znaleźć je pomiędzy dźwiękami Almost Like Being In Love, który miejscami został doprawiony akustycznymi smaczkami. Kiedy w akompaniamencie pianina, Rod Stewart wprowadzał mnie w ostatni na albumie utwór, czyli Tennessee Waltz przeczuwałam, że taka kameralna atmosfera nie potrwa zbyt długo i nie pomyliłam się, bo na koniec artysta jeszcze podkręca tempo.

To, o czym myślałam słuchając albumu Sving Fever to po pierwsze fakt, że są utwory, którym nie grozi nadszarpnięcie zębem czasu i tak właśnie jest w przypadku tych zamkniętych na tym krążku.

Jednocześnie nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że żeby sięgnąć po takie standardy i podejść do nich z klasą i spokojem, nie próbując za wszelką cenę dodać czegoś „od siebie”, trzeba nie tylko doświadczenia, ale też pewnego spełnienia muzycznego, a przy tym, umiejętności, odwagi i pomysłu, by wziąć na warsztat utwory, które rozpoznawalność zyskały dzięki takim artystom, jak chociażby Frank Sinatra. Na szczęście Rod ma to wszystko w zanadrzu.

Pomimo wysokiego muzycznego poziomu, stylu i niezaprzeczalnego luzu zamkniętego na Swing Fever
Nie każdy się tą gorączką zarazi, ale mam wrażenie, że ten konkretny album Sir Rod Stewart wydał zdecydowanie bardziej dla samej radości jego tworzenia, niż dla słuchaczy. My dostaliśmy go przy okazji. Dobrze, więc, że takie okazje się zdarzają.

Zayn Malik prezentuje nowy album – Room Under The Stairs

Zayn był pierwszym członkiem boysbandu One Direction, który opuścił zespół. Zaraz po tym wydarzeniu rozpoczął prace nad solową płytą. Jego debiutancki album Mind of Mine promował singiel PILLOWTALK – utwór znalazł się na 37. miejscu najlepszych piosenek 2016 roku według Billboardu. Kolejnym sukcesem artysty była współpraca z Taylor Swift nad przewodnim singlem promującym film Ciemniejsza strona Greya. Teraz prezentuje swój czwarty studyjny album.

Artysta ogłosił nowe wydawnictwo w nietypowy sposób. W czasie emisji programu Jimmy’ego Fallona w środę 13 marca, Zayn wszedł do studia telewizyjnego oraz przekazał prowadzącemu kartkę z ważnym ogłoszeniem.

Najnowszą płytę ZaynaRoom Under The Stairs, promują single What I Am, Alienated oraz Stardust. W wywiadzie dla magazynu Rolling Stone powiedział:

To mój ulubiony album, jaki do tej pory stworzyłem, głównie dlatego, że został stworzony z czystej szczerości i wrażliwości. chciałem, aby każda piosenka sprawiała wrażenie, jakbym po prostu siedział obok ciebie, mówiąc ci, co czuję, śpiewając bezpośrednio do ciebie. To surowa i odarta z emocji muzyka, jaką zawsze miałem nadzieję tworzyć. Praca z Dave’em Cobbem była niesamowitym doświadczeniem. Sposób, w jaki podniósł poziom muzyki, nie ma sobie równych, a on wykonał niesamowitą pracę, pomagając mi stworzyć tę płytę. Mam nadzieję, że uda nam się zabrać słuchaczy w jakąś kapryśną, magiczną podróż i że słuchanie jej sprawi im tyle radości, ile mi sprawiło jej tworzenie