Polski rynek muzyczny i eventowy rozrasta się we wspaniałym tempie. Widzowie chcą coraz więcej, i coraz więcej są gotowi wydać na słuchanie dobrej i różnorodnej muzyki na żywo. Chociaż pandemia nieco spowolniła ten trend i przyczyniła się do upadku kilku dużych, polskich graczy koncertowych, to teraz możemy się cieszyć kolejnymi zapowiedziami i odwiedzinami międzynarodowych gwiazd muzyki alternatywnej i popularnej.
Na fali tego zjawiska 13 marca w Warszawie na Torwarze zagrał zespół The 1975 w ramach swojej ogólnoświatowej trasy Still… At their very best. Występ trwał prawie około dwóch godzin, a poprzedzał go support Bena Stellara. Jest to element trasy stanowiącej największe w historii zespołu występy w Europie. To jeden z ostatnich koncertów grupy w ramach kampanii album „Being Funny In A Foreign Language”.
Setlista europejska jest okrojona, zdecydowanie krótsza od jej amerykańskiej wersji. Oprócz kilku piosenek okrojono ją również ze sceny B. We’re the 1975 from Manchester to praktycznie jedyne słowa, które główny wokalista, Matty Healy, skierował bezpośrednio do widowni. Jeśli wierzyć plotkom – to i tak lepiej, niż w Berlinie, w którym przez cały koncert się nie odezwał. Z jednej strony to przykre, z drugiej zrozumiałe jest dostosowanie formy show do obecnego samopoczucia artystów.
Nie chciałabym tylko narzekać. Koncert niezależnie od drobnych usterek był wspaniały. Spektakularna była przede wszystkim setlista, na której nie zabrakło największych hitów zepsołu; tych powszechnie znanych jak About you i Somebody else, ale również ukochanych przez fanów, jak Woman. Cały akustyczny set robił wielkie wrażenie, tym jak udało się wtedy zupełnie zmienić atmosferę na stadionie, a rozkrzyczanych i roztańczonych słuchaczy zamienić na chwilę w uważnych odbiorców, wpatrzonych w śpiewaka z gitarą, który jak się okazało nie potrzebował żadnych fajerwerków i dodatkowych scen, żeby w zachwycający sposób przedstawiać swoją muzykę. Wspaniałe były też te hucznie wykonane utwory, z całym zespołem i ąturażem. Wspaniale było usłyszeć po kolei Robbers, Somebody Else, a potem I always wanna die (sometimes). To zestawienie stworzyło jedną, spójną, ekstatyczną całość, porywającą w równym stopniu wszystkich obecnych na widowni odbiorców.
Pomimo pewnych wad – zauważalnych raczej dla zaangażowanych fanów, niż przychodzących na wydarzenie zainteresowanych obserwatorów – koncert w ramach trasy Still… At their very best to świetne widowiska i uczta muzyczna. Zaproponowany wybór piosenek zachwyca zarówno wytrawnych słuchaczy zespołu, jak i mniej obeznanych z ich twórczością fanów. Być może nie zobaczymy na niej niesamowitych efektów specjalnych – ale przy tak dobrej muzyce nic więcej nie jest potrzebne.

