Dawid Podsiadło zdecydowanie nie należy do tych, co lubią się nudzić. Mało tego, nie pozwala się nudzić nawet swoim fanom! Podsiadło dopiero co odpalił swój Obrotowy TOUR, czyli trasę stadionową, a w tak zwanym „międzyczasie” ogłosił drugą edycję ZORZY i wypuścił już nawet bilety. Czy coś jeszcze?
Festiwal ZORZA w zeszłym roku wywołała spore zamieszanie na imprezowej mapie Polski. Pierwsza edycja festiwalu Dawida Podsiadło wyprzedała się wszędzie w dosłownie w moment, a każdy przystanek trasy Zorzy stawał się viralem, aż do następnego festiwalowego koncertu. 6 miast, 12 dni i 123 koncerty. Były tłumy, płyta z Kaśką Sochacką i covery Myslovitz z… Arturem Rojkiem (później jeszcze cała płyta). Jednym słowem; sukces, którego szkoda byłoby nie powtórzyć. Ale spokojnie, Dawid wie jak przebić samego siebie. ZORZA 2027 powróci do tych samych 6 miast i wystartuje już w czerwcu przyszłego roku!
To jeszcze nie koniec niespodzianek! Podsiadło, grając swój pierwszy Obrotowy koncert na Stadionie w Chorzowie ogłosił też, że jego partner in crime na Zorzy 2027 będzie Sobel, a podczas całej trasy festiwalowej tych dwóch panów pojawi się razem na scenie w każdy piątek. Na dodatek, będzie też ich wspólna płyta! Reszta szczegółów na temat przyszłorocznej edycji nie jest jeszcze znana, ale skoro bilety są już w obiegu, to pewnie wkrótce pojawi się też line-up.
5 czerwca 2026 roku premierę miała najnowsza płyta Lizzo zatutułowana BITCH. Jest to jej pierwszy pełnowymiarowy krążek od czasu Special z 2022 roku.
Nowy album pokazuje Lizzo z bardziej bezpośredniej i pewnej siebie strony. Wokalistka nie tylko wraca do tematów samoakceptacji i niezależności, które od lat są obecne w jej twórczości, ale nadaje im nowy wymiar. Już sam tytuł albumu jest deklaracją, w której artystka świadomie przejmuje słowo, które przez lata miało umniejszać kobietom, i zamienia je w symbol siły oraz pewności siebie.
Na BITCH znalazło się 12 utworów, w tym wcześniej opublikowany singiel Don’t Make Me Love U. W warstwie muzycznej Lizzo nie ogranicza się do jednego gatunku. Album swobodnie porusza się między popem, R&B, funkiem, soulem i rockowymi inspiracjami.
Pierwotnie jej kolejnym albumem miał być Love in Real Life, jednak artystka ostatecznie zrezygnowała z tego pomysłu i postanowiła obrać nowy kierunek. Jak sama przyznawała w wywiadach, chciała odzyskać pełną kontrolę nad swoją twórczością i tworzyć muzykę na własnych zasadach.
Efektem tej decyzji jest BITCH, czyli album, który można traktować jako artystyczny restart i jedną z najbardziej osobistych wypowiedzi Lizzo w dotychczasowej karierze.
Ostatnią relację pisemną z koncertu napisałam chyba… trzy albo cztery lata temu. Nie znoszę tego robić, ponieważ uważam, że moje zdjęcia są najlepszą odpowiedzią. I nigdy się w tym dobrze nie czułam. Jednak Garbage zasługuje na „parę” słów. Może zdań. Może akapitów. Z góry ostrzegam – to zdecydowanie NIE będzie tekst idealny, dlatego czytacie na własną odpowiedzialność.
Ja uważam, że nie ma przypadków – są tylko znaki, ewentualnie przeznaczenie. Chociaż zdecydowanie bardziej wolę to drugie.
Nie wiem od czego zacząć, więc może rozpocznę od pewnych wspomnień – albowiem moim zdaniem ta relacja byłaby bez sensu. Albo bez ładu i składu.
fot. Jagoda Dobrzyńska
Ja Garbage – w pewnym sensie – poznałam w wieku dwóch lat, jakoś między 1999 a 2000 rokiem. Mój świętej pamięci dziadek uwielbiał filmy z Jamesem Bondem, a ja oglądałam razem z nim kompletnie nie kapując fabuły. Ale oglądałam, bo miałam strasznego crusha na Pierce’a Brosnana. I właśnie wtedy usłyszałam pierwszy raz utwór o tytule The world is not enough. Nie miałam pojęcia kto to śpiewa, nie widziałam wyglądu, nie wiedziałam nawet tego, że to był zespół muzyczny. Ale zapamiętałam kobiecy głos, który mi się spodobał. Następnie zapomniałam o tym wszystkim… na kolejne dwadzieścia pięć lat.
Dwa lata temu – kurde, jak to wszystko zapiernicza – jechałam z moim przyjacielem na jakiś koncert. Przechodziłam trochę ciężki czas w swoim życiu, a więc przyjaciel – chcąc mnie pocieszyć – puścił mi pewną piosenkę. I był to numer Stupid girlGarbage. Bardzo adekwatny kawałek jak na tamten okres, spodobało mi się od razu. Ale jednocześnie doszłam do wniosku, że ja ten głos już kiedyś gdzieś słyszałam… Kiedy tylko wróciłam do domu, odpaliłam platformę streamingową i zaczęłam szukać. Jeden tytuł wydawał się mi być dziwnie znajomy, włączyłam i zamarłam. Po dwudziestu pięciu latach połączyłam kropki i ogarnęłam, że tamta piosenka do Bonda to Garbage. A ten kobiecy głos, który mnie oczarował, to wokalistka formacji – Shirley Manson.
fot. Jagoda Dobrzyńska
No. No i się zaczęło, no. Kolejna muzyczna faza, kolejny ulubiony zespół. Ja na początku myślałam, iż to będzie podobna fascynacja u mnie jak do PJ Harvey albo Archive. Ale nie, okazało się być „gorzej”, niż sądziłam. Ale czy to mi przeszkadzało, chociaż przez chwilę, i przeszkadza? A skąd!
Po prostu zaczęłam słuchać dyskografii Garbage. A kiedy znów mi się świat zawalił w zeszłoroczne wakacje, straciłam wiele bliskich mi osób na zawsze – w tym jedną osobę absolutnie… niespodziewanie – i zostałam po prostu sama, to głos Shirley z głośników w moim mieszkaniu stał się prawie wręcz codziennością.
W pewnym momencie narysowałam rysunek w stylu popart przedstawiający Manson. Później zaczęłam marzyć o tym, by być na ich koncercie i sfotografować te wydarzenie… Aż nagle, 17 grudnia 2025 roku, ogłoszono ich koncert w Polsce. Wszystko potoczyło się bardzo szybko, zwłaszcza po ich przebojach z trasą koncertową w Stanach Zjednoczonych. Pisałam trochę newsów na ten temat tutaj. Pamiętam, jak z samego rana dostałam spam w wiadomościach od bliskich znajomych o tym ogłoszeniu. Do teraz niektórzy się do mnie odzywają, gdyż zajarzyli moją zajawkę. Przekochane to jest.
fot. Jagoda Dobrzyńska
Oczekiwanie na 30 maja 2026 roku minęło mi strasznie szybko. Po prostu, jakby ktoś pstryknął palcami. Na miejscu, jeszcze przed koncertem, spotkało mnie wiele dobrego – zwłaszcza krótkie spotkania ze znajomymi i z tymi, którzy mnie kojarzyli z mojej fotograficznej aktywności. Mega kochane to było. Miałam ogromny zaszczyt dzięki uprzejmości agencji koncertowej Winiary Bookins możliwość sfotografować Garbage, a więc dwa marzenia za jednym zamachem. A właściwie to… dwa i pół. Ponieważ jak szłam, to właściwie minęłam Shirley. „Ej… przecież to Shirley!!!” – powiedziałam. Gdyby nie ochrona, od razu bym do niej podbiła. Ale tak to mogłam tylko przekazać przeze mnie stworzony rysunek jako prezent dla niej. Ponoć wokalistka dostała go później od tour managera. No, kuźwa, oby.
Na jakieś dwie minuty przed rozpoczęciem koncertu, to ja normalnie byłam lekko sparaliżowana z emocji. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czekałam AŻ TAK bardzo na jakikolwiek koncert, czy akredytację fotograficzną. Jednak, wreszcie, koncert rozpoczął się od pierwszego singla z najnowszej płyty Garbage – czyli There’s no future in optimism. A to jak liderka formacji była szczęśliwa oraz wdzięczna za tak ciepłe przyjęcie, to po prostu… bezcenny widok. Ci, którzy byli najbliżej barierek, dali czadu – naprawdę. Ja sama oszalałam ze szczęścia. Robiłam zdjęcia, nagrywałam fragmenty komórką, uśmiechałam się jak głupia, darłam się i śpiewałam (a raczej… wyłam i fałszowałam). No i próbowałam nadążyć za zespołem. Najprościej było z Butchem i Nicole, bo oni stali w miejscu. Steve i Duke niekoniecznie, więc trzeba było się nagimnastykować. Nie wspomnę już o Shirley, ponieważ ona to już w ogóle po całej scenie chodziła tu i tam. Aż szkoda, że nikt nie nagrał filmiku jak ja na wózku inwalidzkim próbuję nadążyć za nią swoim aparatem fotograficznym – nie wiem, czy byłby z tego viral, ale beka wśród znajomych na pewno.
fot. Jagoda Dobrzyńska
Następnie było Hold i uważam, że jest to jeden z najlepszych numerów z krążka Let all that we imagine be the light, szczególnie ze względu na wokalizy. Na żywo wyszło jeszcze lepiej, niż na płycie. Podobnie było z Empty, a że teledysk do tego kawałka zainspirował mnie do przefarbowania swoich włosów na różowy kolor… no to tak, taka sytuacja.
Później Garbage zrobili niezły misz-masz w swojej setliście. Idealne pierdzielnięcie I think I’m paranoid oraz Stupid girl sprawiło, iż prawie zdarłam swoje gardło. Shirley naprawdę dużo mówiła do publiczności i to nie były byle jakie słowa. Odnosiła się dużo do Polski, do tego – że byli szczęśliwi, iż wrócili po 14 latach do nas. Wspomniała chociażby o wsparciu dla społeczności LGBT+, jak i o tym, że wokalistka Courtney Love była inspiracją do powstania piosenki Right between the eyes. A potem, wielka niespodzianka. Wybrzmiał pierwszy – ale taki pierwszy, pierwszy. pierwszy EVER! – singiel Garbage o tytule Vow. Szok, niedowierzanie, a występ jeszcze lepszy.
Ucieszyłam się jak jasna cholera, kiedy usłyszałam na żywo mój absolutny numer jeden z albumu Let all that we imagine be the light – Have we met (The void). Ja żem oszalała wówczas ze szczęścia i radości. Darłam się głośniej, niż planowałam. Nie żałuję. Przy Cherry lips (Go baby go!) zaczynałam się wzruszać, ale łzy zaczęły mi spadać strumieniami po policzkach dopiero przy When I grow up – w momencie, kiedy Shirley zmieniła lekko tekst na: „When I grow up, When you grow up, When we grow up„. Bardzo mnie to jakoś… pocieszyło. Ogólnie to When I grow up biorę bardzo osobiście i mam wiele odniesień do swojego prywatnego życia.
fot. Jagoda Dobrzyńska
Artystka przed wykonaniem Push it miała dość długą przemowę i finalnie zadedykowała tę piosenkę tym, którzy aktualnie przechodzili trudny czas. W pewnym sensie, ja też do tego grona się wliczam… i od tamtej pory zupełnie inaczej reaguję na Push it. Nie zabrakło również wzruszającej piosenki o tytule The day that I met God. Po tym była krótka przerwa przed bisem. Publiczność naprawdę się starała – jak na moje to było jakieś 2000 osób, chociaż inne źródła twierdzą, że było trzy – i artyści jeszcze wyszli na dwa kawałki.
Pozytywnym zaskoczeniem dla mnie było usłyszenie na żywo Special. A na końcu… Only happy when it rains. Aż dziwne, że nie lunęło deszczem, albowiem wcześniej naprawdę mocno padało w Warszawie. Co ciekawe, ten występ był dokładnie 1001. w koncertowej działalności Garbage – jeśli chodzi właśnie o ten hit. Wobec tego, jak szaleć… to szaleć na całego. Wykorzystałam już ostatki swoich sił na maksimum. Szczęście absolutne, mimo braku deszczu.
Jeszcze na koniec przez szparkę w barierkach widziałam cały zespół. Wiedziałam, że nie wyjdą, ale i tak byłam zachwycona tym, iż widzę ich jeszcze raz.
fot. Jagoda Dobrzyńska
Teraz mam problem z napisaniem podsumowania całej tej relacji. No, bo to, że było zajebiście – to wiadomo. Mogę co najwyżej dodać, iż realizacja dziecięcych marzeń to kompletnie inny poziom od tych marzeń, gdy jest się już osobą dorosłą i bardziej jakby świadomą. A ja ostatnio mam takie szczęście (i oby ono nie zniknęło), że coraz więcej właśnie tego typu celów spełniam. Jeśli zaś chodzi o koncerty artystów mojego dzieciństwa – to brakuje tylko Kylie Minogue i będę spełniona na sto procent.
A Garbage? Boże, ja już teraz się modlę, żeby wrócili jeszcze do naszego kraju. Znowu rzucę wszystko w cholerę oraz poruszę niebo i ziemię, aby pojechać, sfotografować i bawić się najlepiej jak potrafię.
Taylor Swift prezentuje nowy singiel I Knew It, I Knew You. Utwór powstał specjalnie na potrzeby ścieżki dźwiękowej filmu Toy Story 5, który trafi do kin 19 czerwca. To pierwsza w karierze Taylor Swift tak duża współpraca z kultową animowaną serią, stworzoną przez Pixar we współpracy z The Walt Disney Company.
Artystka przyznała, że pisała piosenkę z myślą o bohaterach, z którymi dorastała. Nostalgia często odgrywa ważną rolę dla samej piosenkarki, która w ostatnich latach nawiązuje do swoich muzycznych początków. I Knew It, I Knew You utrzymane jest w ciepłym, country klimacie, który wielu fanów określa jako symboliczny powrót do korzeni.
Pisanie tego utworu było pewnym muzycznym odstępstwem, ale równocześnie powrotem do domu. Stworzenie czegoś dla Jessie było nowym wyzwaniem ale także było czymś naturalnym. Będąc wielką fanką Toy Story odkąd miałam 5 lat do teraz… jest to przygoda, która zabierze mnie na koniec świata i jeszcze dalej.
pisze Taylor Swift
Ogłoszeniu singla towarzyszyła typowa fala „easter eggów”: tajemnicze grafiki z inicjałami „TS”, motywy chmur znane z uniwersum Toy Story oraz limitowane wydania kolekcjonerskie soundtracku. Swifties po raz kolejny udowodnili, że potrafią zamienić drobne wskazówki w potężną machinę promocyjną.
Połączenie świata muzyki Taylor Swift z uniwersum Toy Story wydaje się naturalne. Obie marki opierają się na emocjach, przywiązaniu i dziecięcej wrażliwości, która trafia zarówno do młodszych widzów, jak i dorosłych wychowanych na tych historiach. Nowy singiel nie jest więc tylko dodatkiem do filmu, ale pełnoprawnym elementem opowieści o dorastaniu, przyjaźni i pamięci. To wartości, które od lat definiują zarówno twórczość Taylor Swift, jak i magię Toy Story.
Są takie zespoły, za którymi będziemy tęsknić już zawsze. Takie, które mimo, że już niczego nie wydadzą, zawsze pozostaną na naszych playlistach. Na szczęście, coraz popularniejsze są reedycje! Właśnie taką dostaliśmy z okazji 33. rocznicy wydania albumu Everybody Else Is Doing It, So Why Can’t We? od The Cranberries.
Album Everybody Else Is Doing It, So Why Can’t We? w latach 90. osiągnął prawdziwy muzyczny szczyt. To właśnie z tego krążka pochodzą takie legendarne hity jak Linger czy Dreams. Odświeżone wydanie, oprócz standardowych dla tej płyty utworów, zawiera też wyjątkowe bonusy. 33rd Anniversary Deluxe Edition dostarcza także mixsy stereo przygotowane specjalnie na tą okazję przez Stephena Streeta.
Kolejną z niespodzianek, jakie skrywa wydanie Everybody Else Is Doing It, So Why Can’t We – 33rd Anniversary Deluxe Edition, jest obecność dwóch hiszpańskojęzycznych wersji największych przebojów tej płyty. Nagrania ich w języku hiszpańskim podjęli się Bratty oraz wschodząca gwiazda indie popu ANASOF.
Pierwotna wersja krążka ukazała się 1 marca 1993 roku i z zadziwiającą łatwością zdobyła serca fanów zespołu, ale nie tylko. Odświeżone wydanie jest wyjątkowym cofnięciem się w czasie, którego potrzebowali ci, którzy najbardziej tęsknią za legendarną grupą z Irlandii, a w szczególności za niezapomnianą Dolores O’riordan.