Strona główna Blog Strona 1079

Po Tytule #63 – Heart

Tydzień temu posłuchaliśmy trochę o polskich sercach, wiec teraz nadszedł czas, żeby przenieść się na scenę międzynarodową. Czy tym razem serce jest sługą, a może szykuje nowy napad?

Demi Lovato – Heart Attack
Piosenka o zakochiwaniu się i podejmowaniu ryzyka jak to w jednym wywiadzie powiedziała sama Demi Lovato. Głos wokalistki brzmi w tej piosence perfekcyjnie, także nie dziwi fakt, że pierwszy singiel promujący płytę „Demi” zebrał tak dobre recenzje.

Selena Gomez – The Heart Wants What It Wants

W jednym z wywiadów Selena Gomez wyznała, że w piosence „The Heart Wants What It Wants” za bardzo się uzewnętrzniła, co przełożyło się później na jej psychikę. Piosenka opowiada historie zranionej dziewczyny, a w odniesieniu do Gomez możemy się domyślić, że chodzi w niej o wątek miłosny z popularnym piosenkarzem.

Elton John, Dua Lipa – Cold Heart (PNAU Remix)

Cold Heart” stworzona przez Due, Eltona i PNAU to propozycja, która zawojowała radiami. W remixie zostały przypominane tak utwory jak „Kiss The Bride” z 1983, „Rocketman” z 1972, „Where’s the Shoorach” z 1976 i „Sacrifice” z 1989 i to w tym jest najlepsze, że coraz to młodsze pokolenia mogą poznać te niezapomniane hity.

Blondie – Heart Of Glass

Utwór pochodzący z 1979 przypominała w ostatnich latach Miley Cyrus podczas promocji albumu „Plastic Hearts”. „Heart Of Glass” to chyba najbardziej rozpoznawalna piosenka zespołu, która podbiła rockowe serca słuchaczy.

Celine Dion – My Heart Will Go On

Ta propozycja to chyba jeden z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych utworów filmowych. Celine swoim warsztatem głosowym idealnie oddała klimat „Titanica” i zapisała się na stałe w popkulturze, co przełożyło się na nagrody (cztery Grammy, Oscar i Złoty Glob) oraz popularność zarówno filmu, jak i piosenkarki.

Wodzony na pokuszenie. Shygirl – Nymph, 2022 (recenzja)

Choć w wyrażeniu hyper pop zawarta jest cząstka 'pop’, nie oznacza to wcale niewolniczego przywiązania do sfery muzyki pop. Nic więc dziwnego, że jedną z obecnie popularniejszych artystek tego nowatorskiego nurtu stała się brytyjska raperka oraz piosenkarka Shygirl. Wbrew pozorom, jej długo wyczekiwany debiutancki album Nymph nie ma w sobie nic z nieśmiałości. Wręcz przeciwnie – jest nieokiełznany, sensualny i inspirujący.

Nie ma co ukrywać, ale Shygirl jakoś nie była wstanie do tej pory trafić w moje gusta, czy nawet doczekać się recenzji jej debiutanckiej epki ALIAS. Niemniej, wystąpiła w ramach takich muzycznych projektów jak KiCk i, Dawn Of Chromatica czy Caprisongs, wzbudzając we mnie pewne pokłady zainteresowania. Mijały kolejne miesiące, podczas których wydała wideoepkę BLU oraz singiel Cleo, a ja nadal nie byłem jakoś szczególnie podekscytowany jej twórczością. Aż tu nagle pojawił się nowy singiel, Firefly, który zapowiadał jej pierwszy pełnoprawny krążek, zatytułowany Nymph. Mogłem więc w małym, ale jednak, podekscytowaniu oczekiwać na jego premierę. No i nareszcie nadszedł ten dzień…

Nymph to dość krótki, choć całkiem kompleksowy, zestaw numerów spod szyldu hyper popu, choć swym bardziej sensualnym wydaniu. Wraz z nową porcją swojej muzyki, Shygirl postanowiła stać się tytułową nimfą, która uwodzi i próbuje sprowadzić swojego ukochanego na drogę grzechu. Na nasze szczęście, nie dostajemy wyłącznie utworów na temat jednej z przyjemniejszych rzeczy na świecie, jaką jest seks, ale też o uczuciach tytułowej kusicielki, co myślę, że jest słuszne w kontekście całego krążka. Co zdaje się być dla mnie pewnym problemem, to fakt, że nie zawsze jest to doświadczenie w pełni realne. Co mam na myśli?

Głos Shygirl przez większość albumu, jak nie całość, jest tak zmodyfikowany pod względem produkcyjnym, że czasami trudno mi rozpoznać czy to jeszcze śpiewa prawdziwy człowiek, czy już może maszyna. Oczywiście, biorę pod uwagę fakt, że jest to zabieg celowy, który poniekąd jest już charakterystyczny dla samej artystki, tak co za dużo, to nie zdrowo. Tym bardziej, gdzie Shygirl brzmi bardzo fajnie bez żadnych dodatkowych efektów nałożonych na jej głos. Chciałbym usłyszeć ją w wersji bardziej sauté, szczególnie w numerach, które są równie proste, jak na przykład Little Bit czy Nike. Poza tym jednym szczegółem, produkcja tego albumu jest absolutnie wyśmienita.

Nymph to całkiem wysmakowana, choć dość ekscentryczna, mieszanka popu, R&B oraz hip‑hopu, którą okraszono dziwnościami znanymi ze świata hyper popu. Czasami jest sensualnie, czasami niepokojąco i zostało bardzo fajnie wyważone – ktoś nad tym pieczołowicie pracował, co może tylko cieszyć. Jeśli zaś chodzi o samą lirykę, wydaje mi się, że stoi na drugim planie w stosunku do reszty elementów Nymph. Shygirl z ogromną gracją i elegancją śpiewa o niedostępnej miłości, problemach z nią związanych i rzecz jasna seksie. Co istotne, nie jest to ordynarne, czy rażąco wulgarne – jest tak, jak być powinno. Niemniej, to melodiami stoi ten album. Szkoda tylko, że niektóre z nich są naprawdę krótkie – minuta, czy minuta dwadzieścia to trochę mało, żeby mnie nasycić. Tak, mowa tu o Little Bit i Missin u. Zbierając ten cały wywód do jednego zdania – Nymph to album który nie ma słabych momentów, a te najlepsze powinny trwać dłużej. Zatem które to te najlepsze momenty?

Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że Firefly oraz Come For Me stały się pierwszymi dwoma singlami promującymi ten album – mocne, zdecydowane i natychmiast zapadające w pamięć. Samo otwarcie Nymph, czyli Woe, również zrobiło na mnie spore wrażenie. Niezwykle magiczna, a zarazem erotyczna piosenka, podobnie jak Honey, która jednocześnie intryguje mnie swoim końcowym niepokojem, tak jak w Missin u. Wisienką na tym torcie zdają się być Coochie (A Bedtime Story), który brzmi jak zaginiony utwór Ariany Grande, oraz Poison, które wymieszał deep house z euro popem z początku XXI wieku – absolutny czad. Dużo tych udanych utworów, cóż poradzić.

Nymph to naprawdę ciekawy kawałek muzyki, którego nie spodziewałem się doświadczyć. Shygirl chyba znalazła to, w czym czuje się najlepiej i z sukcesem zrealizowała pod postacią kompetentnych dwunastu utworów. Jestem ciekaw, co przyniesie dla tej Brytyjki przyszłość, bo myślę, że jeszcze nie jednym będzie mogła nas zaskoczyć.

KALEO zagrali w warszawskiej Stodole. Fotorelacja Kasi Rynkiewicz

Islandzki zespół w ramach europejskiej trasy Fight or Flight Tour promującej swój drugi album – Surface Sounds odwiedził Polskę. We wtorek 11 października, KALEO wystąpili w wypełnionym po brzegi klubie Stodoła.

Zapraszamy do fotorelacji Kasi Rynkiewicz.

Znamy datę 16. edycji festiwalu Audioriver

Płocki festiwal muzyki elektronicznej to jedno z większych wydarzeń muzycznych na mapie polskich festiwali i jak wiadomo, odbywa się w sezonie letnim. Jednak już teraz wszyscy fani Audioriver mogą dowiedzieć się, kiedy dokładnie odbędzie się jego kolejna edycja.

Organizatorzy festiwalu Audioriver poinformowali, że zbliżająca się, 16. edycja, zaplanowana jest na 28, 29 i 30 lipca 2023 roku i tradycyjnie odbędzie się w Płocku. Jeśli jesteście zainteresowani biletami na to muzyczne wydarzenie, to przekazujemy, że będą one dostępne w sprzedaży już od czwartku 13 października.

Przypomnijmy, że historia działalności tego festiwalu sięga roku 2006, wtedy właśnie odbyła się 1. edycja wydarzenia, które na stałe wpisało się w historię letnich festiwali muzycznych odbywających się na terenie naszego kraju. Podczas ubiegłorocznej odsłony festiwalowicze mogli usłyszeć między innymi Sevdalize, duet Gorgon City, trio Whomadewho, czy francuski duet The Blaze. Jesteście fanami tego wydarzenia? Wybieracie się na nadchodzącą edycję Audioriver?

Blink-182 powracają w legendarnym składzie. Formacja ogłasza międzynarodową trasę koncertową oraz zapowiada nowy album

Przedsmak nowego krążka poznamy już w piątek, 14 października wraz z wydaniem singla Edging.

Blink-182 to amerykański zespół punkowo-rockowy założony w 1992 roku przez Marka Hoppusa, Toma DeLonge oraz Scotta Raynora. 6 lat później Raynor odszedł z zespołu, a na jego miejsce wszedł Travis Barker. Największy sukces przyszedł w roku 1999 wraz z wydaniem ich trzeciego krążka studyjnego – Enema of the State. Na albumie znalazły się takie utwory jak What’s My Age Again?, Adam’s Song czy All The Small Things, które do tej pory uznawane są za ich największe hity. To właśnie w składzie Hoppus, DeLonge, Barker grupa odnosiła największe sukcesy. W 2005 roku zespół zawiesił działalność. 4 lata później grupa ogłosiła swoją reaktywację. w 2015 roku DeLonge odszedł z zespołu na rzecz projektu muzycznego Angels & Airwaves.

W sieci właśnie pojawiła się informacja, że Tom DeLonge wraca do zespołu po 7 latach nieobecności. Oznacza to, że zespół wyruszy w trasę koncertową w legendarnym składzie. Formacja pojawi się również w Europie, jednak na koncertowej mapie zabrakło Polski. Najbliżej, zespół wystąpi w Niemczech czy Czechach. Wszystkie daty i szczegóły dotyczące koncertów są dostępne tutaj.

Kolejną świetną informacją jest premiera dziewiątego krążka. Dokładne szczegóły nie są jeszcze znane, jednak zapowiedzią najnowszego wydawnictwa będzie singiel Edging, który ujrzy światło dzienne już 14 października.