Tegoroczna edycja Orange Warsaw Festival za nami. Impreza dała nam się poznać ponownie z dobrej strony, zacierając złe wspomnienia z ubiegłego roku. Wystąpiły światowe nazwiska, ludzie bawili się świetnie, a na dokładkę dostaliśmy dobry zestaw polskich reprezentantów, którzy nie odbiegali od zagranicznych kolegów. Jak było?
Tegoroczna edycja odbyła się ponownie na Torze Wyścigów Konnych na Służewcu. Zmianie uległa jednak dokładna lokalizacja – nie jest to już jego centralne miejsce, a ta bardziej zewnętrzna. Dzięki temu jest to bardziej skumulowane, wszystko mamy pod ręką i nie musimy biegać pół godziny pod każdą scenę. Jest to także pierwsza edycja organizowana przez Alter Art, a więc przez ekipę, którą dobrze znamy z planowania Open’er Festival. Przed sobą mieliśmy dwie sceny: Orange Stage i nieco oddalona Warsaw Stage (ta namiotowa). Plusem należy uznać także harmonogram koncertów, ułożony tak, aby nie wszystko zlewało się w jednym czasie i żebyśmy nie musieli wybierać między pójściem na koncert jednej zagranicznej gwiazdy a drugiej. Było tez sporo polskich zespołów, ale jak usłyszałem, od teraz festiwal ma być skierowany w stronę młodych słuchaczy. Może było ich zbyt wielu, chcieliśmy więcej tych zagranicznych, ale trzeba przyznać, że zostali wybrani jedni z najlepszych. Tu nie było słabych nazwisk.
Festiwal otworzyła Marcelina, która wystąpiła na Orange Stage i jak się okazało, była jedyną polską artystką, która dostąpiła zaszczytu występu na głównej scenie. Ogromnie mnie ten fakt cieszy. Marcelina publiczności zaprezentowała głównie materiał z nowej płyty Gonić burzę, a więc nie obyło się bez Czarnej Wołgi i Nie mogę zasnąć. Może publiczności aż tak dużej nie zebrała, ale trzeba przyznać, że koncert odbył się dość wcześnie, a nie każdy mógł przyjechać o tej godzinie w piątkowe popołudnie.
Podobną frekwencję zdobyła Mary Komasa, która wystąpiła krótko po prezentacji nowego klipu z Anją Rubik w roli głównej. Był to także początek występów na Warsaw Stage i muszę przyznać, że kupiła mnie swoim występem. Może było to trochę minimalistyczne, ale pasowało klimatycznie do takiej sceny. Dodatkowym motorem do działania, była obecność jej rodziców, którzy nasłuchiwali córki spod sceny. Tuż po niej na scenę wkroczył zespół Sorry Boys i to moim skromnym zdaniem był najlepszy występ polskich artystów tego dnia. Oni są po prostu stworzeni do grania na takich scenach i takie występy pozostają w pamięci na długo. Szczególnym momentem było zaproszenie na scenę kurpiowskiej pieśniarki, pani Apolonii Nowak. Brawa za odwagę i za moc łączenia czegoś, co wydaje się na pierwszy rzut oka czymś niemożliwym. Bela Komoszyńska z zespołem dokonała czegoś niewiarygodnego.
Na prezentacji nowego materiału skupił się także duet xxanaxx, dla którego był to pierwszy występ w ramach jego prezentacji. Co prawda usłyszałem go tylko we fragmentach, ale wystarczyło mi to do pozytywnej oceny. Klaudia prezentowała się bardzo świeżo i wyglądała przepięknie. Nowa płyta na żywo brzmi dobrze. Według mnie jej najsłabsze momenty koncertowo wypadały dużo lepiej, a to sprawia, że muszę się jeszcze z nią osłuchać. Czekam też na koncert klubowy, wtedy zaprezentują zapewne pełnię możliwości.
Nie ukrywajmy jednak, że dużo z nas czekało na występy zagranicznych artystów. To zaczęło się równo o 19 koncertem grupy Skunk Anansie, dowodzonej przez Skin. Grupa wystąpiła na festiwalu po pięciu latach przerwy i przyjechała do Polski promować głównie nową płytę Anarchytecture. Nie obyło się jednak także bez większych przebojów sprzed lat (Weak, Charlie Big Potato czy The Skank Heads). Był to jeden z najbardziej energetycznych występów tego dnia i duża w tym zasługa Skin. Wokalistka biegała po całej scenie, śpiewała mocnym, ekspresyjnym głosem i miała świetny kontakt z publicznością. Co ważne, ta energia nie uchodziła z niej i zachowała ją do końca. Zdecydowanie koncert wart uwagi każdego festiwalowicza.
Główną gwiazdą na którą czekali jednak chyba wszyscy była amerykańska wokalistka Lana Del Rey. Jeśli popatrzymy na jej występy sprzed kilku lat, da się tu odczuć wielką różnicę. Wokalistka śpiewa o wiele bardziej czysto i co najważniejsze, wie, po co jest na scenie. Już się tak morderczo nie stresuje i prezentuje się anielsko. Naprawdę. Ubrana w przepiękną sukienkę, wyglądała uroczo i anielsko, w najlepszych tego słów znaczeniu. Repertuarowo zaprezentowała nam przekrojówkę z całej kariery. Nie obyło się więc bez Video Games, Born To Die, Blue Jeans, Ride, West Coast (boski utwór!) czy tytułowego utworu Honeymoon. Miło było posłuchać trochę dzikiej Lolity, uspokajającej Carmen czy finałowego Off to the Races. Brakowało mi jednak mojego ulubionego National Anthem, ale mam nadzieję, że podczas kolejnego koncertu w Polsce (a taki na pewno będzie!) mi go już zaprezentuje. Jej kontakt z publicznością wciąż wydaje się trochę eteryczny – spokojnym głosem mówiła nam, że jesteśmy cudowni i wspaniale z nami być, ale co najważniejsze podczas całego koncertu dwa razy zeszła ze sceny i podeszła do fanów. Robiła sobie z nimi zdjęcia, rozmawiała, przytulała się. Ba! Niektórzy nawet skradli jej całusa – tego im zazdroszczę. Miło było Cię usłyszeć Lana na żywo. Tęsknię i czekam na więcej!
To, co jednak wydarzyło się później, ponownie przeszło moje wszystkie najszczersze oczekiwania. Zespół Die Antwoord już rok temu na Open’erze zachwycił mnie swoją prezentacją na żywo, teraz było podobnie. Z tą jednak różnicą, że wystąpi na głównej scenie. Ci co znają zespół, wiedzą jak trudno sklasyfikować ich brzmienie. Później jednak należy się zastanowić, jak sklasyfikować ich wygląd. DJ Hi-Tek wyglądał jak z żywca wyjęty z amerykańskiego albo japońskiego horroru, Yo-Landi Vi$$er to taka trochę malutka wersja jednej z bohaterek mangi, a i Ninja nie wygląda przy nich zbyt ludzko. Przebierali się średnio raz na dwa utwory, ale często po każdym z utworów następowała zmiana stylizacji, a czasem i jej brak, bo nagi tyłek Ninji winszował dość często na scenie. Całe widowisko to doskonałe podsumowanie tego jak można w ciekawy, artystyczny(?) sposób zaprezentować coś, co wydaje nam się dziwne i nie do końca normalne. Bo mamy tu dziesiątki wizualizacji, często wulgarnych, ale i śmiesznych. Yo-Landi śpiewa jak mała dziewczynka, której zabrano lalkę. Jeśli chodzi jednak o zabawę to uwierzcie, lub nie, ale było to coś wyjątkowego. Nikt nie stał przy tym obojętnie.


dziękujemy bardzo! niezmiernie nam miło!
Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.