Byłem w pełni usatysfakcjonowany pierwszym dniem Orange Warsaw Festival. Z tego też powodu kierując się na drugi dzień i patrząc na rozpiskę koncertową, byłem głodny koncertowych wrażeń. Nie zawiodłem się.
Idąc tropem ubiegłorocznym, nie mogło obyć się bez deszczu. Z tą jednak różnicą, że intensywna mżawka trwała około godziny, po czym zostawiła nam świeże powietrze. Minusem było jednak to, że zdarzyło się to na pierwszym koncercie tego dnia, a tym samym Tom Odell wystąpił w całkowitym deszczu. Młodemu wokaliście chyba jednak to nie przeszkadzało, a patrząc na widownię, zebrał dość pokaźną liczbę fanów. Co z tego, że wyglądali dziwnie w foliowych płaszczykach? Takie mamy uroki festiwali w Polsce, a każdy dobry festiwalowicz powinien być w niego zaopatrzony. Odell na scenie zaprezentował przekrojówkę swojej twórczości. Usłyszeliśmy zatem utwory z pierwszej płyty (Another Love czy I Know), ale nie zabrakło również piosenek z nowej płyty, która dopiero przed nami. Mowa tu chociażby o Concrete, Daddy czy Jealousy. Mi osobiście brakuje u niego jeszcze tej wyrazistości, z której mógłby był rozpoznawalny. Gdzieś to się trochę zlewa, ale mam nadzieję, że kolejne koncerty z nowym materiałem sprawią, że będzie bardziej pewny siebie. Na to bardzo liczę.
Dla tych, którzy bali się deszczu, alternatywą mógł być koncert debiutującej Bovskiej w Warsaw Stage. Co by nie mówić, nie było widać, że stawia na takich scenach swoje pierwsze kroki. Co więcej, na pierwszy rzut oka rzucał się keybord, który był skierowany ku publiczności. Bovska doskonale pasowała mi na tej scenie i dała się poznać z bardzo elektronicznej strony. Gdy jednak bliżej się wsłuchaliśmy, różnorodność dźwiękowa i wokalna była bardzo duża. Jeśli ktoś znał tylko Kaktusa, mógł usłyszeć całkiem ciekawe kompozycje. Ona wie jak je prezentować, aby zainteresować słuchacza. Przemyślany image jeszcze w tym jej pomógł.
Scena Warsaw Stage nie skończyła się jednak na Bovskiej. Tuż po niej wystąpiła zniewalająca Julia Marcell, do której czuje więcej niż tylko zwykłe muzyczne zainteresowanie. Wokalistka prezentując materiał z nowej płyty, nie zapomniała również o starszej, świetnej twórczości. I tak Tarantino, spokojny Andrew i Wstrzymuję czas przeplotło nam się z Cinciną. Duży plus należy się za ogromne balony, które posyłała w publiczność, a ta przez cały występ wokalistki, odbijała je, tworząc świetny klimat koncertu. Szkoda, że występ trwał tak krótko, ale zawsze na koniec czuję wielki niedosyt. Tak jakby nie mogło to trwać trzy godziny więcej.
Zdecydowanie najlepszym koncertem tego dnia w namiocie był ten prezentowany przez Natalię Przybysz. Świetnie przyjęty materiał z Prądu w wersji klubowej okazał się również świetnym wyborem dla festiwalowiczów. Natalia jest bardzo charyzmatyczną wokalistką, a wszystko to, co sobą prezentuje, sprawia, że chcemy jeszcze. Był oczywiście Miód, bardzo rockowe Nie będę twoją laleczką, akompaniowana na banjo Królowa Śniegu i dzikie XJS. Nie obyło się tez bez coverów: moje ulubione Kwiaty ojczyste Niemena, czy Do kogo idziesz Miry Kubasińskiej i Breakoutu. Byli tacy (jak ja!) co znali każdą piosenkę na pamięć. Byli tacy, co tańczyli cały koncert (tak, to też ja). Byli tacy sobie wszyscy, którzy dobrze się bawili (to my).
Dużym doznaniem koncertowym okazał się występ powracającej do Polski, duńskiej wokalistki MØ. Już przed koncertem widać było, że może liczyć na całkiem pokaźną liczbę fanów, którzy wyczekiwali ją pod barierkami. Ta odwdzięczyła im się podczas koncertu schodzeniem do nich w ramach uścisków i uśmiechów. To się nazywa dobry kontakt z publicznością. Uwielbiam materiał z debiutanckiego krążka i cieszę się, że jeszcze go usłyszałem. Z nowości było oczywiście Kamikadze i Final Song, a na dodatek słynne już Lean On i kolejny coverowany utwór Lost (oryginalnie Frank Ocean, nowa wersja Major Lazer). Nie wiem w jakim kierunku porusza się obecnie i dokąd dąży, ale trzymam za nią kciuki, bo jest bardzo utalentowana.
Tuż po niej, scena należeć miała do powracającej do festiwalowych koncertów brytyjskiej grupy Editors. Muzycznie trochę nie moja bajka, ale umiem docenić ich talent. Trochę ponad godzinny występ miał na celu prezentację ubiegłorocznego albumu In Dream, ale także przypomnienie starszych, znanych nam utworów (Papillion, Smokers Outside The Hospital Doors). Co ciekawe jednak, wokalista zespołu, Thomas Smith, prawie po każdym utworze dziękował nam w naszym języku. Niby nic nadzwyczajnego, ale podczas tegorocznej edycji festiwalu, słyszeliśmy to nadzwyczaj rzadko. Brawo, to zbliża.
Niewątpliwie najsłabszym występem okazał się Schoolboy Q. Raper miał jednak trochę pecha. Jak tłumaczył się, tuż przed przyjazdem do Warszawy okazało się, że nie może z nim jechać jego DJ i w zastępstwie wziął przypadkowego, którego spotkał na ulicy. To było widać od pierwszej piosenki, że nie jest przygotowany. Nie dużo lepszy okazał się sam raper, który daleki był od ideału. Podtrzymywał oczywiście kontakt z publicznością, ale daleko mu było do tego, co prezentował na swojej płycie, a tym bardziej tego co prezentują bardziej znani koledzy z branży. Publiczność może i bawiła się dobrze, ale artystycznie nie podbił mojego serca.
Jak się jednak później okazało, najwięcej publiczności zebrał Skrillex, którego celem było chyba przyciągnięcie jak największej ilości ludzi i sprawienie, że będą się dobrze bawić. Tak też było. Oprócz swoich znanych kawałków przeplatał tez kompozycje Rihanny, Ellie Goulding, Drake’a czy Daft Punk. Postawił też na wiele wizualizacji, serpentyny, sztuczne ognie, lasery, dym. Czego tam nie było… Mi to się jednak spodobało, bo było to zamknięcie sceny na wysokim poziomie i nikt nie mógł narzekać, że było nudno.
Tegoroczna edycja upłynęła pod znakiem wielu pozytywnych aspektów. Widać, że nowy organizator zadbał o to, aby nie powtórzyła się sytuacja sprzed roku. Ja będę pamiętał przede wszystkim występy Lany Del Rey, Skrillexa, Skunk Anansie czy Natalii Przybysz. Na pewno wrócę za rok, do zobaczenia!


Editorsi to jedyna gwiazda OWF, której zazdroszczę
Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.