Open’er Festival 2016. Dzień 1. Charyzmatyczne Florence + the Machine, zniewalająca PJ Harvey i świetne Tame Impala. Relacja Łukasza Jaćkiewicza i zdjęcia Doroty Kutnik

0
231

Tegoroczna, jubileuszowa edycja Open’er Festival 2016 za nami. Czas więc przyszedł na wspomnienia i pokazanie Wam jak wyglądały poszczególne koncerty na których się pojawiliśmy. Za część relacyjną odpowiedzialny będę ja, natomiast profesjonalne zdjęcia są autorstwa Doroty Kutnik.

Miał być Mac Miller, ale nie był

Dla wielu odwołanie Maca Millera było niezłym ciosem, ale trzeba przyznać, że jego zastępstwo wypadło dość dobrze. Skepta ma duże doświadczenie w tym co robi i dało się to zauważyć na Orange Stage, gdzie występował. Raper prezentując kolejne utwory z albumu Konnichiwa (i nie tylko), dał nam się poznać jako charyzmatyczny, pełen wigoru człowiek. Basy i raperskie umiejętności były tu na porządku dziennym i slychać je było daleko poza sceną. Nie dało się jednak ukryć, że wielu ludzi z publiczności było po prostu przypadkowych, a stanowili je fani Florence + the Machine. No cóż, taki mamy klimat.

Natalia Przybysz wiele obliczy ma

Moich zachwytów nad tym, co robi Natalia mogliście już przeczytać wiele. To był także mój drugi koncert projektu Shy Albatross, założonego przez Raphaela Rogińskiego, gdzie Natalia oczywiście gra pierwsze skrzypce. Jak sama zainteresowana nam opowiadała, band gra smutne piosenki, ale tylko dlatego, że póki co nagrali tylko jedną płytę. Historie kobiet przeplatają się tu w każdej piosence i chwilami wydają się nam tak niesamowite, że mamy wrażenie, że to fikcja. Nieco rozbudowane partie instrumentalne pasowały do sceny namiotowej i bardzo dobrze się ich słuchało. Nie mam wątpliwości, że Natalia to jedna z najbardziej utalentowanych polskich wokalistek, która pomimo kilkunastu odsłon, nie pokazała jeszcze na co ją stać.

Czy to ruchy Bee Gees? Nie to tylko The Last Shadow Puppets

Pod względem oglądania był to chyba jeden z najciekawszych występów tego dnia. Bo czy komuś obojętne były charakterystyczne ruchy sceniczne Alexa Turnera, przypominające to, co się robiło kilka dekad temu? Jasne, było to trochę komiczne, ale i urocze. Patrzyło się na to świetnie. Również muzycznie się nie nudziłem. Nie jestem jakimś zagorzałym fanem ich twórczości, ale na żywo prezentują się bardzo imponująco. Towarzyszący im kwartet smyczkowy dobrze wypadał z resztą rockowego składu, co było można zauważyć po reakcji publiczności chociażby podczas Miracle Alinger. Z niecierpliwością czekam na ich kolejne koncerty.



Orkiestra (nie zespół) z PJ Harvey na czele

Nie będę ukrywał, że nazwisko PJ Harvey w line-upie tegorocznej edycji to dla mnie coś wyjątkowego. Poznałem ją stosunkowo późno (za późno!), ale zakochałem się w jej nowej płycie. W Gdyni na Tent Stage zebrała się całkiem pokaźna grupa jej fanów i trzeba przyznać, że było tłocznie nie tylko z powodu pierwszej burzy i pierwszego deszczu. PJ Harvey przyjechała do nas z orkiestrą, bo nazwanie tego zespołem było zbyt krzywdzące dla tego składu . Multiinstrumentaliści dali z siebie wszystko, każdy mega charyzmatyczny tworzył otoczkę całego show. Jeden z nich grał równocześnie na dwóch saksofonach, coś pięknego. Sama wokalistka to bóstwo sceniczne. Wszystko wydaje się zaplanowane na ostatni guzik, ale wtedy zaczynała śpiewać ona. Pięknie, kolorystycznie, z wieloma barwnymi motywami, poruszała się niestandardowo w każdym utworze. To był prawdziwy spektakl, a główną rolę grała piękna kobieta umiejąca się wyrazić na scenie.

Na scenie zespół zaprezentował praktycznie wszystkie utwory z ostatniej płyty The Hope Six Demolition Project, mającej gorący przekaz polityczno – artystyczny, którego nie da się tu ukryć. Najbardziej drapieżna była przy The Ministry of Defence, które trwało o wiele za krótko. Nowe utwory przeplatane były starszymi, głównie tymi z Let England Shake. PJ, wracaj do nas szybko, mam wielki niedosyt tego, co zaprezentowałaś. To było genialne!

Savages przed wiankami

To był chyba jeden z najbardziej niedocenianych koncertów całego festiwalu. Ale gdy spojrzymy, kto za chwilę miał zagrać na głównej scenie, to w sumie nie ma się czego dziwić. Savages koncertowo wypadają jednak bardzo dobrze, a gdy widzimy wokalistkę to i bardzo kusząco. Jenny Beth ubrana była w czarną, rozpiętą uwodzicielską marynarkę, spod której odkrywał się równie czarny uwodzicielski stanik. Taki zwykły normalny, nie ten bez fiszbin, typu opaska, o nazwie Goia. Na scenie było jednak głośno, bezkompromisowo, wręcz można było chwilami stracić słuch od tego punkowego grania. Szkoda, że line-upowo pokrywało się to z Florence. Wtedy mogłoby by ich zobaczyć więcej ludzi.



Wianki, brokat i… upadek

Zespół Florence + the Machine dla wielu był główną gwiazdą festiwalu. To na niego specjalnie przyjechali fani z całej Polski, a potem po prostu „spędzali” dobrze czas pod wszystkimi możliwymi barierkami poza scenami. To też wyścig szczurów pod barierki, nagrane przez wielu festiwalowiczów swoimi smartfonami, a także festiwal mody wiankowej i brokatowego makijażu. Wianki można było ze sobą przywieźć, zabrać kwiatki zmarłemu sąsiadkowi z cmentarza i dać koleżance do wykonania, albo osobiście zrobić go w miasteczku festiwalowym.
Image and video hosting by TinyPicAle koniec sarkastycznych rozkminek, bo trzeba przyznać, że koncertowo wypada to obłędnie. Florence widocznie była zmęczona już całą trasą koncertową, ale po raz kolejny pokazała na co ją stać, gdy przyjeżdża do Polski. Nie popsuł go nawet niefortunny upadek, po którym powiedziała, że nie była pijana (czyż nie jest urocza?). Prezentując kolejne utwory z wszystkich płyt, biegała i tańczyła, ani na chwilę nie opadając z sił. Specjalnie dla polskich fanów zagrała również Third Eye, o które prosili w akcjach w serwisach social media. Popłakała się, wylała trochę łez w różowy vintage’owy strój i trzymała w ręce flagę gejowską. Działo się dużo, ale tego po prostu czasami nie da się opisać słowami. Tam trzeba być, aby przeżyć to na własnej skórze.
Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPicImage and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic

Choroba nie taka straszna, to Tame Impala

Jeszcze przed ich koncertem, dobiegły do nas słuchy, że wokalista zespołu Kevin Parker musiał skorzystać z pomocy służby medycznej. Dokładnie, nie wiadomo co mu było, ale na szczęście udało mu się wrócić do siebie i zagrać z chłopakami koncert na dość dobrym poziomie. Dziś, gdy jesteśmy już po ich koncercie, można powiedzieć, że ich występ na głównej scenie należał do udanych, choć nie da się ukryć, że bardziej pasują na namiotowe sceny, a ta u nas jest chyba najlepsza na całym świecie. Było bardzo tanecznie, co wykorzystali festiwalowicze tańcząc na całym polu, a w klimat całego koncertu wprowadziło nas już Let It Happen, w wersji chyba jeszcze dłuższej jak na płycie. Nie było to nudne, zespół zadbał, aby zakończenie dnia na tej scenie było iście uroczyste. Konfetti sypało się, oj sypało.
Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic

xxanaxx na koniec dnia

Dzień zakończyliśmy po polsku. Promujący swoją nową płytę duet, zaprezentował nam głownie materiał z tego wydawnictwa, choć zdarzały się i starsze kąski. Wybranie ich na Tent Stage było najlepszym wyborem jakie mogło być. Doskonale pasują do takiej sceny, a magiczne bity roznosiły się daleko ponad namiot. Klaudia to prawdziwe zwierze sceniczne – śpiewa dobrze, rusza się zniewalająco i prezentuje to, co umie w najlepszy sposób jaki można odebrać. Doskonałe zakończenie dnia!
Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic