Czas na dalszy ciąg mojej historii, w której nie zostałem gwiazdą rocka. Jak dowiedzieliście się przed tygodniem, jakieś tam szanse na ziszczenie się tych marzeń były. Ale życie to nie bajka, a ja nie byłem nowym wcieleniem Kurta Cobaina.
Dostanie się na festiwal Rockowa Noc mocno nas ucieszyło. Zostaliśmy wytypowani z listy ponad 60 zespołów z całej Polski, którzy, w przeciwieństwie do nas, swoje kawałki nagrywali w większości w profesjonalnych studiach. Byliśmy najmłodsi z całego grona, przy okazji posiadając najkrótszy staż zawodowy. Wszystkie te fakty trochę połechtały nasze ego. Ludzie pocztą pantoflową zaczęli dowiadywać się o naszym sukcesie i poprzez wszelakie komunikatory przesyłali gratulacje oraz potwierdzali swoją obecność w trakcie koncertu finałowego.
Lista wykonawców została ogłoszona na tydzień przed dniem występu. Każdy zespół musiał wykonać dwa swoje utwory plus jeden z repertuaru Tadeusza Nalepy lub jego zespołu Breakout. Jako, że nie znaliśmy jeszcze wtedy za dobrze tej legendy polskiego bluesa, wybraliśmy ich największy hit – Kiedy byłem małym chłopcem. Wiedzieliśmy, że jury zwróci uwagę na przemycenie swojego stylu muzycznego do tych nieautorskich kompozycji, dlatego stworzyliśmy fajną pop-punkową wersję tego klasyku. Szybki rytm na perkusji, tłumiona gitara prowadząca i linia melodyczna zagrana na drugiej gitarze – to miały być nasze patenty na ten wielce ważny wieczór.
W ciągu tygodnia poprzedzającego koncert odbywaliśmy próby każdego dnia. Co wieczór, zaraz po szkole, spotykaliśmy się w sali prób i dopracowywaliśmy nasz materiał do perfekcji. W końcu nagroda dla najlepszego zespołu była całkiem zacna – trzy lub pięć dni w studio nagraniowym. Rockowa Noc przyznawała dwie statuetki: od jury i publiczności. Dłuższy czas w studio otrzymać miał artysta wytypowany przez jury. Szczerze mówiąc wiedzieliśmy, że raczej nie mamy szans na głosy od szanowanego grona siedzącego za drewnianymi stołami, dlatego mocno liczyliśmy na wsparcie naszych fanów. W końcu nie mieliśmy ich aż tak mało.
Nadszedł dzień występu.
Mój tata zapakował cały sprzęt na tył samochodu i wyruszaliśmy w słoneczne przedpołudnie w kierunku rzeszowskich bulwarów. Miejsce to w taką pogodę wygląda naprawdę uroczo. Obok rzeki Wisłok znajduje się spory teren zieleni, na którym usadowiona jest czerwona scena. To właśnie na niej mieliśmy odegrać najważniejszy koncert w swojej krótkiej karierze.
Ubrany byłem w czerwoną koszulę, czarny krawat i takiego samego koloru obcisłe spodnie. Całości dopełniały znoszone trampki converse. Nie ukrywam, że silnie inspirowałem się wtedy ubiorem scenicznym Billiego Joe Armstronga z Green Daya. Nawet grzywkę specjalnie spryskiwałem lakierem do włosów, by miała taką samą strukturę jak u mojego idola. Moi kompani z zespołu ubrali się podobnie do mnie. Chcieliśmy mieć spójny wizerunek, który można by z nami kojarzyć. Sami widzicie, że do swojego przyszłego niedoszłego zawodu przygotowywaliśmy się na poważnie.
W pewnym momencie organizatorzy kazali oddelegować z każdego zespołu po jednym przedstawicielu, który wylosuje kolejność występów. Wybraliśmy naszego basistę. Po dziesięciu minutach wrócił i stwierdził, że gramy jako drudzy. Trochę żałowałem, że nie udało nam się wystąpić na końcu stawki (im późniejsza godzina występu tym więcej osób ciebie ogląda), ale odwrotu już nie było. Szybka próba dźwięku i jazda.
Pamiętam, że gdy weszliśmy na scenę, byłem bardzo spięty. Żeby się jakoś rozluźnić zacząłem skakać w rytm odgrywany przez Miśka na perkusji. Jako pierwszy zagraliśmy cover Breakoutu. Do dziś nie wiem, czemu zamiast wydobyć ze swojego Epiphone’a Les Paula dźwięki linii melodycznej, która ciągnęła naszą wersję piosenki, zacząłem dublować akordy drugiej gitary. Chyba bałem się, że nie poradzę sobie z szybkimi sekwencjami. Na próbach kawałek ten brzmiał naprawdę fajnie. Przed widownią – średnio. Gdy skończyliśmy Kiedy byłem małym chłopcem zagraliśmy naszą jedyną na tamten moment balladę Mountain of Scream. Spokojna zwrotka i mocny refren rozruszały stojące pod sceną dziewczyny, a ja, mając na uwadze potencjalne głosy widzów w kategorii „nagroda publiczności”, puściłem im parę razy oczko. Na sam koniec zostawiliśmy nasz najlepszy kawałek Find My Way Out. Szybki rytm, fajne riffy i pełna energia rozkręciły mnie na maksa. Gdy tylko nie musiałem śpiewać, szalałem po całej scenie. Skakałem, klękałem, opierałem nogę o odsłuch – dałem upust swoim emocjom, które przez pierwsze dwa utwory zatamowały mą radość na scenie. Kiedy skończyliśmy grać, wcale nie chciałem z niej schodzić. Miałem ochotę na niej zostać do momentu, kiedy moja koszula pod wpływem potu zmieni swój kolor z czerwonego na czarny, a w moich ustach nie zostanie choćby jedna kropelka śliny. Ale znaliśmy zasady, więc tylko odpaliliśmy na odchodne: dzięki za przybycie i skierowaliśmy się w kierunku backstage’u.
Następni byli muzycy zespołu, z którym mieliśmy, jak to mówią, „lekką spinę”. Szczerze mówiąc nie pamiętam już, co wywołało tę wzajemną niechęć, ale jedno było pewne – na pewno żaden z nas nie życzył im dobrze. Tak samo było w drugą stronę. Wiedzieliśmy, że naszymi głównymi rywalami do nagrody publiczności będą właśnie oni, bo jako jedyni prócz nas pochodzili z Rzeszowa, a to właśnie kapele z tego miasta wygrywały wszystkie statuetki od widzów w poprzednich latach. Gdy wchodzili na scenę, kurtuazyjnie życzyliśmy im powodzenia, ale tak naprawdę chcieliśmy, by zaplątali się w leżących kablach i skręcili nogę. Po 15 minutach ich koncertu musieliśmy jednak obiektywnie stwierdzić – zagrali o wiele lepiej niż my. Ale przecież każdy zna realia nagród publiczności, które nie zawsze zdobywa ten najlepszy. W sumie właśnie na taki obrót spraw liczyliśmy.
Gdy rozpoczęło się głosowanie widowni, wszytko malowało się w bardzo radosnych barwach. Co chwila w pudełku lądowały karteczki z napisem Critical Rage. W tamtym momencie byłem już pewny wygranej. Ba, wraz z resztą składu zaczęliśmy zastanawiać się, które kawałki nagramy i czy trzeba je będzie jakoś zmienić, żeby brzmiały lepiej. Lecz wtedy zauważyliśmy pewną niepokojącą scenę. Lider zespołu, który nie za bardzo lubiliśmy, nagle wyrwał pudełko z głosami i wysypał znaczną część głosów, wśród których najwięcej było tych oczywiście oddanych na nasz zespół. Żeby było mało, dosypał z oddzielnej puli karteczki z nazwą jego grupy. Myślałem, że strzelę mu autentycznie w papę, ale w przeciwieństwie do niego chciałem zachować jakiś honor. Okazało się, że grupa ta była w bardzo dobrych relacjach z organizatorami całego konkursu. Przyjaźnili się z nimi, rozmawiali jak starzy dobrzy przyjaciele, dlatego incydent ten nie został w ogóle przez nich potępiony. Jakąś godzinę później całe jury weszło na scenę i ogłosiło zwycięzców. Do końca łudziłem się, że jednak usłyszę zdanie: Nagrodę publiczności otrzymuje zespół Critical Rage i jeszcze raz wbiegnę po schodach na estradę i odbiorę nagrodę, ale tak się nie stało. Gdy zobaczyłem naszych wrogów cieszących się z nieuczciwej wygranej, czułem się fatalnie. Zapakowałem gitarę w futerał i poszedłem do domu. Nawet nie zostałem na koncercie Iry, będącej wtedy gwiazdą wieczoru. Marzenia o sławie, pieniądzach i szybkich samochodach bezpowrotnie minęły.
Tydzień temu napisałem, że moja „kariera” muzyczna trwała cztery lata. W praktyce rzeczywiście tak, bo przez ten czas udzielałem się w kilku projektach muzycznych. Jednak moja prawdziwa kariera muzyczna, bez używania cudzysłowu, skończyła się w tym samym dniu, w którym powinna się właściwie zacząć. Nieudany występ w ramach Rockowej Nocy sprawił, że przestałem myśleć o byciu zawodowym muzykiem. Zdałem sobie sprawę, że bez znajomości (które pozbawiły nas wygranej w konkursie) nie będziemy w stanie czegokolwiek osiągnąć. Potwierdzeniem tych słów były kolejne lata, w trakcie których rozegraliśmy żenująco małą ilość koncertów. Nigdy później nie zarobiliśmy na koncertach żadnych pieniędzy. Wszystko robiliśmy na zasadzie „pokazania się”. Tak sobie myślę, że gdyby pod swoje skrzydła wziął nas jakiś dobry menedżer, poruszający się w świecie muzyki jak George Best po nocnych klubach, mieliśmy szansę nagrać jakiś studyjny album. Nie byliśmy wybitnymi muzykami, ale nasze kawałki tworzyliśmy z sercem i wkładaliśmy w nie sporo emocji. Gdy spoglądam teraz na tamte szczeniackie lata, pozbawione niemal jakichkolwiek obowiązków i stresu, to żałuje, że one minęły. Żałuję też, że w okrutnym świecie muyzyki rozrywkowej nam nie wyszło.
Dlatego nie wierzcie w wielką karierę muzyczną. Osiągnięcie sukcesu w tej dziedzinie jest uwarunkowane od rzeczy, na które bardzo często nie macie żadnego wpływu. Możecie wszystko zrobić jak należy, idealnie wypełniać rady zawarte w książkach i stronach internetowych, ale poza teorią jest też praktyka. A ona okazuje się zdecydowanie bardziej brutalna, niż się tego najczęściej spodziewamy.
Można też wziąć przykład ze mnie i gitarę plus wzmacniacz zamienić na kartki papieru i długopis. Dziennikarstwo muzyczne dało mi zdecydowanie więcej, niż setki godzin spędzonych w sali prób. Pamiętajcie o tym.


