10 lat to piękny wiek dla zespołu, dlatego zupełnie nie dziwi fakt, że niektóre z nich chcą świętować tak okrągłą rocznicę. Tym tropem poszła grupa Vierna, która swój jubileusz uczciła koncertem w gdańskiej Protokulturze. Baa. Można śmiało rzec, że był to mini-festiwal, bo w ramach sobotniego wieczoru na scenie trójmiejskiego klubu wystąpiły aż cztery zespoły. I gwarantuję, że nieraz było na czym ucho zawiesić.
Pierwszym wykonawcą okupującym scenę był zespół Cochise z Pawłem Małaszyńskim na czele. Panowie w dość spokojny, aczkolwiek mocno rockowy sposób rozpoczęli wieczór, dlatego ten wybór wydaje się jak najbardziej trafiony. Biorąc pod uwagę charakter twórczości grupy, wplecenie ich w dalszą kolej wydarzeń byłoby co najmniej nietrafione, a tak – wyszło naprawdę super. Przestrzenne piosenki szybko zdobyły licznie zgromadzoną publikę, co stanowiło wspaniałe preludium do dalszej zabawy.
Nieprzypadkowo wspomniałem o stonowanym początku, gdyż chwilę później zupełnie kontrastowy występ dała grupa Fuzz. Panowie w stosunku do Cochise zdecydowanie podkręcili tempo, co zaowocowało zdecydowanie większym szaleństwem zwłaszcza w przednich rzędach widowni. Energiczne dźwięki spod palców weterana polskiej sceny rocka – Piotra Łukaszewskiego – były doskonałym pretekstem do żywszych ruchów tułowia, rąk oraz nóg. W tym elemencie brylował zwłaszcza jeden uczestnik koncertu – zlokalizowany pod sceną pan o długich i bujnych włosach, który swym screamem zagłuszyłby głos kosiarki o poranku. Zresztą w swych postanowieniach wytrwał on do końca, bo jego popis można było usłyszeć także podczas finału – występu Vierny.
Zanim jednak o jubilatach, słów kilka o przedostatnim koncercie tego wieczoru – grupie Carrion. Nad ich wspaniałym brzmieniem na żywo rozpływałem się już przy okazji wizyty w Wydziale Remontowym, dlatego teraz w telegraficznym skrócie: panowie po raz kolejny dali popis wielkich umiejętności nie tylko muzycznych, ale i aktorskich. Scena Protokultury, w porównaniu do tej Wydziałowej, dała im zdecydowanie większe pole do popisu, dzięki czemu swoje harce mógł zaprezentować nie tylko klawiszowiec Darek, ale również Mariusz i Adrian wraz ze swoimi gitarami. Co się natomiast tyczy perkusji, to była ona prowodyrem bardzo ciekawego wydarzenia w tzw. międzyczasie. Tak się złożyło, że kiedy trwała jej naprawa, na scenie wyszła na jaw hip-hopowa natura Darka i w mig zagrał on stare i dobre utwory Dr. Dre, Snoop Doga i 2paca. Całej sytuacji próbował również sprostać Hans, ale wersy w stylu „Mieszko, Mieszko mój koleżko” raczej nie wpisały się w powyższe klasyki.
Na koniec czas na crème de la crème imprezy, czyli występ jubilata – zespołu Vierna. Jak na jubileusz przystało, towarzyszyło mu mnóstwo muzycznych niespodzianek. Setlista koncertu została bowiem dobrana w taki sposób, że złożyły się na nią nie tylko autorskie kompozycje z dorobku kapeli, ale i szereg coverów znanych rockowych wyjadaczy. Wśród tych drugich usłyszeliśmy m.in. Zombie (oryginalnie The Cranberries), Noc Komety (Budka Suflera) czy Znalazłam (O.N.A.). Nie obyło się również bez muzycznych gości, na czele z Wojtkiem Hornym (znanym ze współpracy z O.N.A., Patrycją Markowską czy Kombii) czy ex-wokalistką Viernej. Nie obyło się zatem bez chwili wzruszeń czy wzajemnych podziękowań, a całość okrasił okazały tort. Mi nie pozostaje nic innego jak życzyć zespołowi co najmniej kolejnej dekady pracy. Sto lat, Vierna!


