Nieprzewidziany konflikt w harmonogramie zajęć. Felieton Kuby Koziołkiewicza

W ostatnim czasie kwestia odbywania się koncertów gwiazd w naszym kraju w terminie jest – mówiąc delikatnie – nieciekawa. Dwa tygodnie temu swoje krakowskie show odwołał Sting, który na scenie Tauron Areny miał pojawić się wraz z Paulem Simonem, a we wtorek grupa Thirty Seconds To Mars przełożyła swój występ w Ergo Arenie, zaplanowany na 8 kwietnia. O ile były lider The Police miał ku temu silny argument (był chory na grypę), to ten Amerykanów wydaje się cholernie naciągany i enigmatyczny.

Kiedyś w jedynym ze swoich tekstów Jeremy Clarkson napisał pół żartem, pół serio, że autora felietonów musi cechować chęć szukania dziury w całym oraz uwielbianie wkładania kija w mrowisko. Lecz w tym przypadku ja nie muszę tego robić. Zespół dowodzony przez Jareda Leto po raz kolejny podaje mi na tacy powody, by znów stać się bohaterem sobotniej rubryki na naszym portalu (już trzeci raz!). Tu nie chodzi o samą zmianę daty koncertu – takie rzeczy się przecież zdarzają. Zaskakujące są jej uzasadnienia, a właściwie brak jasnego przekazu, dlaczego tak się właśnie stało. To daje mi pole do własnych przemyśleń.

Moje poprzednie teksty na temat 30StM:

Oto treść wpisu, który zmroził krew w żyłach połowie Polskich nastolatek oraz wstrzymał bicie serca pozostałej części z nich:

Z powodu nieprzewidzianego konfliktu w harmonogramie zajęć, jesteśmy zmuszeni do zmiany dat dwóch koncertów: 4 Maja – Polska, Gdańsk/Sopot, Ergo Arena oraz 6 Maja– Ukraina, Kijów, Sports Palace. Proszę przyjmijcie nasze najszczersze przeprosiny za niegodności, które mogło to spowodować. 30 seconds to mars

Powyższa wiadomość to klasyczne PR-owskie gadanie. Typowe zagranie, które bezpośrednio nie tłumaczy powodów tej zmiany w koncertowej rozpisce. Bo co to znaczy, że pojawił się „niezapowiedziany konflikt w harmonogramie zajęć”? Ja się domyślam o co chodzi, ale tymi przemyśleniami podzielę się w dalszej części tekstu. A podawanie takiej informacji, która obchodzi temat na około, porównałbym do poprowadzenia jakiegoś kierowcy jadącego z Warszawy do Krakowa przez Pakistan.

Dla kapeli zamiana dwóch terminów to pikuś, bo to nie oni muszą teraz stawać na głowie, aby to całe zamieszanie ogarnąć. Wszystko spoczęło na barkach organizatora koncertu, na którego od wtorku internauci wylewają wiadro pomyj. Chyba nie dociera do nich, że akurat agencja straci na tym najwięcej, a co najważniejsze – to przecież nie ich wina, że do tego wszystkiego doszło. Oni zrobili wszystko, żeby 8 kwietnia na Ergo Arenie każda drobnostka była dopięta na ostatni guzik. I żeby halę wypełniło jak najwięcej fanów autorów m.in Up In The Air.

Od kilku miesięcy na bilbordach, w magazynach, czy w sieci napotykaliśmy informacje związane z występem Amerykanów w naszym kraju. Uwierzcie mi, ale wynajęcie jednego bilbordu to nie jest kwestia 100 zł. Nie chcę wychodzić tutaj na szpeca, bo ze światem reklamy mam wspólnego tyle, co Kanye West z heavy metalem, ale podejrzewam, że koszta te przekroczyły milion złotych. Jak nie więcej. Czy teraz sztab postanowi wydrukować kolejną partię plakatów z nową datą i ulokuje je na miejscu poprzednich? Nie wiem, ale jedno jest pewne – to generuje kolejne koszta, a zabija pierwotny zysk.

Głównym zarzutem wobec organizatorów jest to, że na nową datę koncertu wybrali 4 maja. Dla mnie nie robi to szczególnej różnicy, bo to taki sam dzień jak każdy inny, a poza tym na show Marsów się nie wybieram. Lecz dla wielu licealistów 4 maja to dzień obowiązkowej matury z polskiego. Gdyby to był występ Paula Anki, to raczej nikt nie rzucałby w komentarzach mięsem, ale fanami Thirty Seconds To Mars są w większości nastolatkowie, a wśród nich też tegoroczni maturzyści. Nie dziwię się ich negatywnym emocjom, którym dają ujście w sieci, bo ja na ich miejscu czułbym to samo. To już nie chodzi o to, że nikt nie zwróci im pieniędzy za bilety autobusowe, które już zakupili, tylko o fakt, że ten występ mógł im chociaż na kilka godzin pozwolić zapomnieć o majowej rzezi. Lecz nie rozumiem, dlaczego całą winą obarczają agencję? Uwierzcie mi, że tam nie pracują półmózgi tylko specjaliści, którzy organizując takie przedsięwzięcie, rozkładają na czynniki pierwsze wszystkie za i przeciw. I zapewne zdawali sobie sprawę, że 4 maja to tragiczna data, ale skoro, tak jak zresztą piszą w oświadczeniu –  „nie było innego możliwego terminu” – to tak właśnie jest. Lepiej żeby ten koncert odbył się wtedy, niż wcale. To nie oni dali dupy.

A wracając do tajemniczego stwierdzenia zespołu – „z powodu nieprzewidzianego konfliktu w harmonogramie zajęć” – ja mam tylko jedną teorię, która tłumaczyłaby całe to zamieszanie: zapewne pojawiła się inna, bardziej lukratywna oferta, która stworzyła ten „nieprzewidziany konflikt w harmonogramie zajęć”. Bo gdy Jared Leto, nieco ponad miesiąc temu, wrzucał w Internet filmik, na którym w zimowej czapce wzywał Polaków do tego, by „nakarmili go polskim jedzeniem i zrobili z niego dużego silnego Polaka”, to tego „konfliktu w harmonogramie zajęć” nie było. Skoro koncert został ugadany, to znaczy, że 8 kwietnia był terminem wolnym. Nawet Polski zespół, może poza Weekendem i Feel, nie zapisałby dwóch występów na jeden dzień. A co dopiero taka firma, jaką jest Thirty Seconds To Mars. W sumie „niezapowiedziany konflikt” ma to do siebie, że nikt się go nie spodziewał – nawet sami muzycy. Lecz powiedzcie mi: czemu mam wrażenie, że za tym wszystkim stoi kasa? I to naprawdę gruba? Dlatego nie zdziwię się, jak 8 kwietnia Jared Leto wraz z kolegami rozegra jakieś show na słonecznej Ibizie, gdzie zakontraktowany przez ruskiego multimiliardera zaśpiewa The Kill jego o czterdzieści lat młodszej żonie. W końcu nie tak dawno, poprzez Facebooka, zapytał fanów, ile według nich powinien kosztować prywatny występ jego grupy. Proponował przedział od pięciu tysięcy do miliona dolarów, ale podejrzewam, że osobiście wolałby tę drugą sumkę.

Jednak nie byliby oni pierwszymi wielkimi gwiazdami, które występowały na prywatnych imprezach za pieniądze. Kiedyś Sting, tak, ten sam, który nie dotarł do Krakowa z powodu grypy, w 2010 roku zaśpiewał dla córki uzbeckiego dyktatora Islama Karimowa, lubującego się w torturowaniu przeciwników politycznych. Oficjalna kwota, co chyba oczywiste, nie została nigdy podana, ale mówiło się o pięciu milionach dolarów. Red Hot Chili Peppers zagrali na imprezie sylwestrowej u właściciela Chelsea Londyn – Romana Abramowicza – za 7 milionów dolarów. Nie twierdzę, że Thirty Seconds To Mars pójdą ich śladem. Może ich lider 8 kwietnia odwiedzi ubogą wioskę w Sudanie, albo chore na AIDS dzieci w Etiopii. Lecz wszystko na to wskazuje, że tak się nie stanie, a jedynymi osobami, które na zmianie dat polskiego i ukraińskiego koncertu nie stracą ani centa, będą Jared Leto, Shannon Leto i Tomo Milicevic wraz ze swoją świtą.

Czytaj również