300 dolarów w 30 sekund, czyli jak Thirty Seconds To Mars 'doją’ pieniądze ze swoich fanów. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Spotkanie z liderem zespołu? Nie ma problemu! Możliwość oglądania koncertu na samej scenie? Ależ oczywiście! Wykonanie wraz z liderem swojej ulubionej piosenki przed 30 tysięczną publicznością? Czemu nie?! – mniej więcej taki przekaz można odczytać z tego, co w ostatnich latach wyczynia grupa Thirty Seconds To Mars. Poprzez wprowadzenie pakietu Meet&Greet, oraz oferty Adventures in Wonderland, każdy fan zespołu może: spotkać się z Jaredem Leto i spółką, zrobić sobie z nimi zdjęcie, czy bawić się w czasie występu, dosłownie 10 metrów od nich samych. Praktycznie nie ma ograniczeń wiekowych, czy ilościowych. Jest tylko jedno, ale jakże istotne: finansowe.

Na samym wstępie tego felietonu chciałbym ustalić istotny fakt: jestem wielkim fanem muzyki Marsów. Miałem przyjemność podziwiać ich niesamowite koncerty trzy razy: w Krakowie, Pradze i Rybniku. Posiadam ich wszystkie płyty – kupione, nie ściągnięte z torrentów. Jak dla mnie, Thirty Seconds To Mars to jeden z najlepszych zespołów, który rozwinął się w XXI wieku. Pewnie zastanawiacie się teraz, po co to wszystko wypisuję? A no po to, abyście wiedzieli, że moja krytyka zawarta w tym tekście nie będzie anonimowym bełkotem pseudo znawcy, dla którego znajomość twórczości zespołu kończy się na utworach The Kill oraz Closer to the Edge. Będzie to opinia obeznanego w tematyce muzyki i marketingu chłopaka, który nie lubi, kiedy muzycy zaczynają za bardzo doić pieniądze ze swoich słuchaczy.

W ostatnich latach wielu artystów światowego formatu wprowadziło do swojej oferty koncertowej pakiet Meet&Greet. Umożliwia on spotkanie z ukochanym artystą zaraz przed koncertem, zrobienie pamiątkowego zdjęcia… i w sumie tyle. Pojedyncze odprawienie delikwenta trwa jakieś 30 sekund (aluzja do bohatera tekstu celowa), następnie ochroniarz wskazuje mu kierunek wyjścia, i pozostawia go z fotografią, którą może sobie powiesić w pokoju, wstawić na Facebooka, czy wysłać babci. Zero możliwości jakiejkolwiek sensownej rozmowy, poza powiedzeniem do swego idola I love you, I’m your biggest fan i usłyszeniu w odpowiedzi szybkiego I love you too, gdyż czekający w kolejce napierają, a sam artysta w większości przypadków całą czynność traktuje jako zyskowny obowiązek. Skoro poruszyłem temat pieniędzy, to dodam, że średnia cena takiego spotkania to 250 – 300 dolarów. Luzik, co nie?

W opisywaniu tego jakże zyskownego dla artystów przedsięwzięcia, gdzieś zagubili się Thirty Seconds To Mars. Dlaczego to właśnie ich postanowiłem skrytykować, skoro masa innych wykonawców robi to samo? Już śpieszę z odpowiedzią: Amerykańskie trio z opcji Meet&Greet zrobiło maszynkę do zarabiania pieniędzy. Rzucając na prawo i lewo hasłami: jesteśmy jedną wielką rodziną, braćmi, czy innymi tego typu kiczowatymi tekstami, buduje sztuczne poczucie wspólnoty, której fundamentami są setki tysięcy dolarów wpływające na konto grupy po tego typu eventach. Mało szczerości, mnóstwo PR – owskich zagrywek. Gdyby ograniczyli się tylko do tej jednej opcji, nie byłoby w tym nic szczególnego. Marsi oferują jednak inne atrakcje, m.in: możliwość obejrzenia próby zespołu, wejście na scenę w czasie koncertu, a najdroższe pakiety pozwalają nawet na zaśpiewanie jednego utworu wraz z liderem grupy! Opcje te powierzchownie tworzą większe możliwości interakcji z fanami, a w głębi, kolejne źródła łatwego zarobku. Ponadto: powyższe pakiety się ze sobą nie łączą, więc jeżeli chcesz pójść na próbę, spotkać się z zespołem przed występem, a następnie stanąć wraz z nimi na estradzie i w ekstremalnych przypadkach zaśpiewać przed kilku lub kilkunastotysięczną publicznością Alibi, czy inny utwór, całość może kosztować ponad 1000 dolarów! A z racji tego, że Adventures in Wonderland jest obsługiwany przez managment zespołu, a nie samego organizatora koncertu, to bez zakupienia na niego wejściówki, wszystkie nabyte pakiety są nieważne. Po wyliczeniu tych wszystkich faktów nawet Stevie Wonder zauważyłby, że dla zespołu wyznacznikiem „prawdziwego fana” nie jest jego znajomość twórczości grupy, czy miłość do niej, tylko kasa. Kasa, kasa, kasa. Skąd wysuwam takie wnioski? Gdyby Marsom zależało na docenieniu tych najwierniejszych miłośników, to znaleźliby milion sposobów, aby zapewnić im wejściówki Meet&Greet. Pierwszy z brzegu przykład: tworzenie konkursów na oficjalnym fanpejdżu przed każdym koncertem, gdzie fan musiałby się wykazać czymś więcej, niż grubością portfela swoich rodziców, np. na najładniejsze rysunki przedstawiające kapelę, nagranie coveru jednego z utworów, napisanie wiersza związanego z zespołem. Ale wtedy zyski ze sprzedaży byłyby mniejsze…

Kolejna sprawa, która w pewnym sensie dotyczy tego tematu, to „miłość” Jareda do Polski. Ile to razy mogliśmy przeczytać w wywiadach, że lider Thirty Seconds To Mars kocha Polaków, pierogi i kiełbasę? Bardzo wiele. Skoro więc darzy nas takim wielkim uczuciem, to czemu – w przypadku występów nad Wisłą – nie obniży cen pakietu Meet&Greet o np. 20 procent? Chyba każdy rozumny człowiek wie, że 300 dolarów dla Amerykanina, a 300 dolarów dla Polaka to odpowiednio: przeciętne miesięczne kieszonkowe 15 letniej Caroline z Nevady i przeciętna pensja pani Zofii, pracującej na cały etat w katowickiej Biedronce. Chyba widzicie tę subtelną różnicę? Oczywistym następstwem tych faktów było to, że przy okazji ostatniego występu kapeli w naszym kraju (w Rybniku w czerwcu 2014 roku) wielu oddanych fanów nie miało możliwości zakupienia sobie tak drogiego pakietu, gdyż samo wydanie 250 zł na bilet było nie lada wydatkiem. Suma summarum, Marsi podczas Meet&Greet spotkali się w znacznej części nie z oddanymi słuchaczami, tylko dziećmi kasiastych rodziców. Jest też druga strona medalu: gdyby przekładać amerykańskie ceny biletów jeden do jednego na te polskie, to żaden zespół nie zagrałby u nas koncertu, bo po prostu byłoby to dla niego finansowym samobójstwem. Nie zarobiłby nawet na powrót do domu samolotem trzeciej klasy.

Po co stworzyłem ten tekst? Chciałem pokazać każdemu, kto jeszcze wierzy w populistyczne i marketingowe słowa Jareda o jedności i rodzinie, że to zwykła ściema. W swoich felietonach jak mantrę powtarzam pewne hasło, które w tym przypadku nie mogło się nie pojawić: muzyka to jeden, wielki biznes. A ci, którzy potrafią się w nim najlepiej obracać, osiągają największe zyski. Z marketingowego punktu widzenia Thirty Seconds To Mars to mistrzowie: tworząc Adventures in Wonderland, praktycznie zerowym kosztem zwiększają zyski z każdego ze swych koncertów o minimum 5 – 10%. To naprawdę dużo. Nie zrozumcie mnie też źle: 99% współczesnych artystów tworzy muzykę dla kasy. Marsi w tym przypadku nie są jakimś wyjątkiem. Przekroczyli jednak subtelną granicę zbyt dużego finansowego wykorzystywania swoich słuchaczy, co niestety kładzie się trochę cieniem na ich całą muzyczną działalność.

P.S. Kiedyś, na żarty powiedziałem do swojej dziewczyny: niedługo w ofercie zespołu pojawi się opcja odwiedzenia ubikacji, w której to Jared Leto chwilę wcześniej spędzał czas na załatwianiu swoich potrzeb. Żarty żartami, ale czy nie znalazłoby się kilkaset fanek, które za 50 dolarów by takiej oferty nie wykupiły? Odpowiedź wydaje się oczywista.

Czytaj również