Muse – Drones (2015), recenzja Joanny Gulewicz

O tym, że brytyjska scena muzyczna wyznacza wiodące trendy a formacje spod jej bandery mają na koncie najbardziej spektakularne sukcesy na świecie nikogo przekonywać nie trzeba. Właśnie taka jest również historia zespołu Muse. Granie u boku największych gwiazd, szereg prestiżowych nagród i wyróżnień, których lista ciągnie się tak długo, że nie ma nawet sensu próbować tutaj jej przytaczać. Przede wszystkim jednak Matthew Bellamy – prawdopodobnie jeden z najbardziej charyzmatycznych głosów młodej sceny i wyśmienity koktajl rocka alternatywnego, elektroniki i progresji zwany new prog. Utwory takie jak Hysteria, czy Madness podbiły serca fanów na całym świecie bez względu na to, czy mówimy o słuchaczach popularnych stacji radiowych, czy zwolennikach niszowych formacji spod znaku alternatywnego grania i dyskusyjnych fryzur. Początkiem czerwca ukazał się najnowszy, 7-my już, studyjny album formacji zatytułowany Drones. Czego się spodziewać?

Krążek otwiera nieokiełznane singlowe Dead Inside. Bazę utworu stanowi muzyczny dialog mocno zarysowanych syntezatorów z kapryśnym, pełnym pasji wokalem. Mimo dość silnej rytmizacji elektronicznej mamy wrażenie, ze kawałek roztapia się w swoim rozwoju. To oczywiście zasługa doskonałej modulacji wokalnej Matthew Bellamy’ego, którego każda poszczególna artykulacja obejmuje kilka odrębnych taktów, swobodnie płynąc przez dźwięki. Jeśli ktoś z was nie pamięta już skali głosu i możliwości wokalnych Matthew Bellamy’ego, z pewnością zwróci uwagę na fantastyczne zakończenie utworu. Wokal wręcz rozpływa się w dźwiękach, zachowując przy tym czystość i melodykę, lecz zarazem podnosząc napięcie utworu, które swój punkt kulminacyjny otrzymuje w [Drill Sergeant].

Kolejny singiel z płyty – Psycho to propozycja butna i bardzo gitarowa. Podstawowym tworzywem kompozycji jest nasycona niskim brzmieniem i dodatkowo „rozkapryszona” półtonami sekcja gitary, podszyta silnie zrytmizowaną perkusją, którym melodycznie odpowiada ścieżka wokalna. Warto zwrócić uwagę na refreny, które rytmiką znacznie odbiegają od zwrotek. Użyto tutaj bardzo charakterystycznego dla Muse chwytu polegającego na wypuszczeniu kilku dźwięków instrumentarium, które obejmuje pojedyncza artykulacja wokalna. Jest butnie, ciężko i gitarowo.

Klimat zmienia się całkowicie w rozkołysanym Mercy. Singiel rozpoczynają pełne, wysoko rejestrowe dźwięki keyboardu. W ślad za nimi podąża ścieżka wokalna, która wychodząc od niskich rejestrów stopniowo wraz z rozwojem utworu wznosi się coraz wyżej na pięciolinii, by nareszcie wykwitnąć jasnym, czystym i wysokim dźwiękiem w refrenie. Utwór jest rozkołysany, subtelny i pełen wdzięku.

Reapers to kawałek pełen wewnętrznego napięcia, rozszarpywany przez soczyste riffy i rozjeżdżającą się ścieżkę wokalną. Silne zdynamizowanie kompozycji w połączeniu z nałożeniem się na siebie kilku z pozoru odmiennych ścieżek instrumentalnych i pełnym skargi głosem daje efekt całkowitego oplątania i obezwładnienia dźwiękiem, z którego wokal nie potrafi się uwolnić. O ile w zwrotkach sekcja wokalna stopniowo unosi się w kierunku wysokich rejestrów, odpryskując od ogniskowanego wokół niskich partii pięciolinii instrumentarium, refreny na powrót włączają go w swoją melodykę.

Tempo mocno spada w psychotycznym The Handler. Kompozycja bazuje na wolnych, acz mocnych i głośnych, rozdzierających riffach, których odbiór dopełnia pełen zapętleń, zwielokrotnień i mocy wokal. Dzięki temu, ze sekcja głosu oscyluje wokół sąsiadujących ze sobą dźwięków, posiłkując się głównie półtonami i znacznie odbija od melodyki wyznaczanej przez instrumentarium, utwór jest przeszywający i obezwładniający. Szczególnie dobitnie odznacza się to w refrenach, gdzie zarówno instrumentarium jak i głos krążą wokół siebie, niemal się na siebie nakładając ale nigdy nie wyrównując kroku. Bardzo podobną konstrukcję ma utwór Defector, z tym że półtony i elementy zaczerpnięte z tonacji molowej zastępują tutaj durowe, pełne tony.

Jeszcze inaczej rzecz się ma z kawałkiem Revolt. Nastrój się wypogadza, dźwięki pną się wzwyż, a wokal wybucha w refrenach radosnym, pełnym nadziei śpiewem, na który nakłada się równie euforyczne tło instrumentalne. Chyba najmniej wymagająca kompozycja na krążku ale jakże niezbędna, po tylu skrajnych emocjach i ciężkich riffach okalających poprzednie propozycje.

Aftermath z kolei rozpoczyna progresywny, instrumentalny wstęp, który do złudzenia przypomina mi Brothers In Arms zapomnianego pewnie już dziś przez większość z was zespołu Dire Straits. Myślę, ze ta zbieżność nie jest wcale przypadkowa, bo przecież jak mówi sam Bellamy, album Drones jest konceptualny i skupia się na takich zagadnieniach jak problem ekologii, empatii, czy wizja Wojen Światowych. Nie inaczej było z kompozycją Brothers In Arms. Muse sięga po klasyczne i sztandarowe wzorce rockowe, aktualizując je i sprawdzając na ile przystają do dzisiejszej rzeczywistości. Również pierwsza część kompozycji The Globalist wydaje się kontynuować wątek muzyczny rozpoczęty w Aftermath i krążyć po muzycznych meandrach progresji. W drugiej części atmosfera sie zagęszcza, perkusja nabiera tempa, gitara staje się coraz bardziej agresywna a w tle pojawia się niepokojące nucenie chóru. Blisko tutaj do ekspresji muzycznej takich gatunków jak metal, czy nawet muzyka gotycka. Całość zamyka zanurzona w durowej, jasnej tonacji keyboardowa wstawka w asyście równie jasnego wokalu, która łagodnie przeistacza się w zamykającą krążek kompozycję Drones.

Żeby powoli zmierzać ku końcowi, trzeba powiedzieć że jeśli chodzi o technikę album Drones dla nikogo chyba nie był zaskoczeniem. Panowie współtworzący Muse zasłynęli właśnie z powodu niezrównanych kompozycji instrumentalnych, zaskakujących wojaży po tonacjach, stylistykach i rewelacyjnej oprawy wokalnej. Mogliśmy założyć, ze najnowszy krążek będzie równie dobry, jak wszystkie poprzednie. Nowością jest natomiast wzięcie na warsztat jakże istotnej dziś tematyki globalizacji, zagrożeń nuklearnych i wyzwań cywilizacyjnych. To jest coś, za co mało kto tak naprawdę brał się na poważnie (NA POWAŻNIE podkreślam!) od czasu, gdy Janis Joplin jeszcze krążyła po barach a Jimi Hendrix zaskakiwał cały świat swoją muzyką i fryzurą. Myślę, że bez względu na wasze preferencje muzyczne Drones to jeden z tych albumów, które po prostu musicie poznać. Doskonały!

muse drones 2015

Czytaj również