Niespokojne czasy zwykle sprzyjają twórcom. Gorące tematy wymagają komentarzy i zajęcia jakiegoś stanowiska wobec sprawy, pojawiają się nowe przemyślenia i emocje. Ostatni rok zaowocował wieloma płytami, w których kontekst społeczno-polityczny okazał się być kluczowy, a w wielu przypadkach właściwie jedyny. Swoją cegiełkę do tego i tak już potężnego muru dołożył Morrissey. Czy słusznie?
Od niemal czterech dekad Morrissey buduje swój wizerunek wiecznego outsidera. Nie tyle odsuwającego się na boczny tor głównych wydarzeń, co raczej stale zmierzającego pod prąd w głównym nurcie, a jest przy tym niezwykle pewny siebie, często wręcz arogancki, ale przede wszystkim szczery. Jego bezkompromisowe podejście i twórczość zostały docenione nie tylko przez słuchaczy, ale także przez prasę muzyczną taką jak brytyjski magazyn New Musical Express, który umieścił go w czołówce najbardziej wpływowych artystów w historii. Po trzech latach od wydania płyty World Peace Is None of Your Business, Morrisey powraca z nowym albumem i starą konwencją.
Brytyjczyk, znany z ciętego języka, kąśliwych komentarzy i wyrazistych poglądów, po raz kolejny potwierdził to w tekstach, które na tle całości materiału tworzącego album Low in High School wydają się być na pierwszym planie. Problemy i sprawy współczesnego świata są jednak dotknięte przez Morrissey’a jedynie powierzchownie, bez zajrzenia w sedno. Pojawia się m.in. Arabska Wiosna (In Your Lap), paląca w Europie sprawa Brexitu (Jacky’s Only Happy When She’s Up on the Stage) czy gorąca sytuacja na Bliskim Wschodzie, ale nad żadną z nich Brytyjczyk nie pochyla się niżej, redukując ciężar właściwy każdej z nich do poziomu przyswajalnego przez kulturę popularną. Nie można mu jednak odmówić zmysłu obserwatorskiego oraz niesztampowego przedstawienia tematów, choć to wciąż jest niewystarczające. Dużo lepiej jest w przypadku utworów traktujących chociażby o potrzebie miłości i zrozumienia jak w My Love, I’d Do Anything for You czy Home Is a Question Mark, gdzie samotność okazuje się być przekleństwem. Ostatnia z tych kompozycji to także dowód na to, że Morrissey wciąż potrafi tworzyć liryczne, zachwycające, pełne metafor teksty piosenek, których na tej płycie jest po prostu za mało.
Bardziej spójnie przedstawia się muzyczna strona tego albumu. Osadzone przede wszystkim w gitarowych brzmieniach kompozycje zazębiają się, płynnie przechodzą jedna w drugą. Morrissey postawił też na dosyć odważne, ale niezwykle ciekawe eksperymenty z elektroniką, czego efekty znakomicie słychać m.in. w utworze I Wish You Lonely czy singlowym (choć niezachwycającym) Spent the Day in Bed. Mimo upływu lat głos Morrissey’a wciąż jest niezwykle silny, a sam artysta operuje nim z nadzwyczajną lekkością, bez trudu sięgając zarówno dolnych, jak i górnych rejestrów, jak w My Love, I’d Do Anything for You – jednej z najlepszych piosenek z płyty. Utwór otwierający ten album to także świetny przykład zastosowania instrumentów dętych dodających mrocznego, poważnego charakteru, potęgującego jego wydźwięk i brzmienie. Wśród tych dwunastu utworów może dziwić (i z pewnością dziwi) obecność piosenki The Girl from Tel-Aviv Who Wouldn’t Kneel – utrzymana w konwencji latynoskiej cha-chy kompozycja nie broni się, a jej brak na Low in High School byłby nawet wskazany.
Jedenasty album studyjny Morrissey’a nie zmieni sytuacji na świecie, nie zaprzestanie wojen ani nie rozwiąże innych problemów politycznych. To raczej – paradoksalnie – bezpieczna płyta, tak jak pierwszy singiel ją promujący. Płyta, do której wrócę za jakiś czas.

