Zastanawialiście się kiedyś jak wyglądałby Wasz wymarzony skład zespołu rockowego? Bo ja tak. Wielokrotnie. A jako, że mamy początek sierpnia i nikomu w takie upały nie chciałoby się czytać ambitnego tekstu, postanowiłem podzielić się dzisiaj z Wami moimi typami. Lecz zanim nazwiska, ustalę kilka spraw. Po pierwsze, ograniczyłem się do pięciu osób, czyli niemal klasycznego rock and rollowego składu. Najbardziej klasycznym jest kwartet, ale gdybym obrał taki wzór, zabrakło by mi miejsca dla gitarzysty rytmicznego, którego w mojej wymarzonej kapeli nie chciałbym pominąć. Czy mój zespół miałby szanse rzeczywiście powstać? Czy wymienieni poniżej członkowie umieliby połączyć swoje siły i stworzyć coś strawnego i słuchalnego? Raczej nie. Czemu? Bo ich muzyczne style są od siebie bardzo odległe. Ponadto, co chyba najistotniejsze w tej kwestii, jeden z nich już nie żyje.
PERKUSJA – Travis Barker z Blink- 182
Wiem, że tym wyborem skazuję sam siebie na lincz ze strony Internetowych specjalistów od muzyki rockowej, ale tak – w moim wymarzonym zespole na bębnach obsadziłbym Travisa. Uwielbiam jego styl grania. Umiejętności techniczne i wyuczone schematy są dla niego mniej istotne niż efektowność gry. Ale byłoby dużym niedociągnięciem, gdybym pochwalił jedynie te cechy gry Barkera. Jest on świetnym perkusistą, znakomicie trzyma tempo i, co dla mnie bardzo ważne, w czasie koncertów z Blink- 182 nie odgrywa „nuta w nutę” tego, co zagrał na płycie. Lubi dodawać coś nowego, odrobinę improwizacji czy delikatnej zmiany rytmu. Wirtuoz perkusji, i bynajmniej nie robię sobie w tym momencie żartów.
GITARA BASOWA – Flea z Red Hot Chili Peppers
Każdy muzyk zna dowcipy o basistach. Nie będę starać się zaginać rzeczywistości i nie napiszę, że ich instrument odmienia brzmienie danego zespołu. Bas to bas, uzupełnienie tego, co jest na pierwszym planie. Jednak jak ważnym uzupełnieniem on jest dowiadujemy się wtedy, gdy go nie słychać. Basistę Red Hotów jednak ciężko wrzucić do jednego worka z takimi basistami jak np. Adam Clayton z U2. Flea to istny mistrz gitary basowej. Niemalże samouk, od którego uczyć się mogą nawet najznakomitsi basiści jazzowi. Kto zna brzmienie Red Hotów ten wie, dlaczego w mojej wymarzonej kapeli cztery grube struny szarpałby właśnie Flea. Kto nie kojarzy ich twórczości, odsyłam do zapoznania się z ich kawałkami.
GITARA RYTMICZNA – James Hetfield z Metallici
Choć Jamesa zazwyczaj klasyfikuje się w zestawieniach związanych z wokalistami, ja, prócz oczywiście wspaniałego wokalu, zawsze będę widział w nim równie wspaniałego gitarzystę rytmicznego. Wiadomo, w Metallice całą śmietankę spija Kirk Hammett, odbiegający od umiejętności Jamesa o lata świetlne. Jednak wszystkie solówki Kirka straciłyby swój urok, gdyby w tle nie było odpowiednio odgrywanego rytmu, za który odpowiada James. Jestem wielkim fanem Metallici. Jestem też gitarzystą, dlatego w czasie zaznajamiania się z tym instrumentem bardzo chciałem grać ich utwory. I uwierzcie mi, nawet teraz, po prawie dekadzie gry na gitarze, wiele partii Jamesa nie jestem w stanie odegrać. Gubię rytm, brakuje mi jednego szarpnięcia, żeby zmieścić się w takcie. A James to potrafi. Ba, łączy to ze śpiewaniem, co dodaje mu więcej punktów do ogólnej oceny.
GITARA SOLOWA – John Frusciante z Red Hot Chili Peppers
Fru zaskarbił sobie moją dozgonną miłość jedną ze swoich wypowiedzi. Oto ona: Wielu ludzi myśli, że grając coraz szybciej i szybciej i wymyślając nowe techniki mogą się rozwijać. Jednak dopiero wtedy zdają sobie sprawę z tego, że pod względem emocjonalnym nie posunęli się nawet o krok do przodu. Nie przekazują swoim słuchaczom nic i są nadal tam, gdzie Hendrix był trzydzieści lat temu. Tym samym dał prztyczek w nos wszystkim gitarzystom metalowym, dla których najważniejsza była szybkość gry, a nie przekazywanie emocji. Gitara powinna być duszą zespołu. A John Frusciante idealnie nadaje się do tej roli. Uwielbiam jego sposób gry, zabawy z brzmieniem, łamanie schematów. Swoją postawą na scenie pokazywał, że nie występuje głównie dla pieniędzy. Robił to dla własnej satysfakcji. Takiego człowieka zdecydowanie potrzebowałbym w swoim wymarzonym zespole.
WOKAL – Freddie Mercury – Queen
Nic dodać, nic ująć. Tego wyboru nie muszę chyba tłumaczyć. Wahałem się pomiędzy Freddim a Igorem Herbutem z LemOna, ale jednak to wokalista Queen otrzymałby u mnie angaż. A mówiąc poważnie, w listopadzie zeszłego roku napisałem cały felieton o tym, że Freddie jest najlepszym wokalistą rockowym wszech czasów. Moje zdanie od tamtego czasu się nie zmieniło.
Tak prezentuje się moja wymarzona kapela. A jak wyglądałby Wasz wymarzony zespół? Piszcie w komentarzach swoje typy, z chęcią się z nimi zapoznam. Tymczasem miłej soboty.


