„Raz na milion lat dochodzi do zderzenia, swoistego błędu […]. Ten album to ten moment – raz na milion lat” – tak zapowiadany był najnowszy album Miuosha, którego w takim wydaniu nikt się nie spodziewał. Pochodzący z Katowic raper połączył siły z grupą, którą można by było jako ostatnią wymienić wśród formacji, z którymi mógłby kolaborować hip-hopowy twórca. Albowiem obok Miuosha, w wielkim składzie, stanęli członkowie jednej z grup definiujących historię polskiej muzyki – Zespół Pieśni i Tańca Śląsk. Mimo, że oba człony tego projektu na pierwszy rzut oka łączy tylko i wyłącznie pochodzenie, a album ten – jak wyżej wspomniano – mógł być ogromnym błędem, to co się na nim dzieje jest absolutnie niesamowite.
Projekt Pieśni Współczesne trzeba zrozumieć od podstaw. To teksty Miuosha, tym razem nie wystrzelone niczym z karabinu w postaci rapu, lecz opakowane w oprawę muzyczną zespołu Śląsk i odśpiewane przez śmietankę polskiej muzyki, nazwiska których nie sposób teraz nie znać. I wyobrażam sobie, że dla tego towarzystwa to też musiało być spore wyzwanie. Pięknie zaczęło być już z momentem wypuszczenia w świat utworu Doliny – mrocznego, rozbudowanego utworu osadzonego w prawdziwie śląskim folklorze – do którego tekst odśpiewał Jakub Józef Orliński. Folklor w niesamowity sposób łączy się w pewnym momencie z nowoczesnym i dynamicznym bitem, który przeszywa potęgę wokalu śląskich artystów. To jeden z najpiękniejszych momentów tego albumu i jednocześnie jedna z najlepszych polskich kompozycji tego roku.

Sporo kompozycji Miuosh ujawnił przed premierą wydawnictwa. Usłyszeliśmy dość bezpieczny Zmierzch, sprawiający wrażenie jakby perfekcyjnie dostosowanego do stylistyki i możliwości muzyków Kwiatu Jabłoni. Jego ujmujące, rozbudowane zakończenie robi niesamowite wrażenie. Dostaliśmy też poruszającą w swej prostocie balladę Mantra, ozdobioną wokalem Igora Herbuta o nieskazitelnej dykcji. Oparta na dźwiękach pianina Celina nagrana wraz z Julią Pietruchą okazuje się być jedną z najwspanialszych melodii, jakie słyszała polska scena, a sama wokalistka fantastycznie podołała zadaniu polegającym naj je odśpiewaniu. Z ciepłym odzewem ze strony słuchaczy (w tym mnie) spotkała się także współpraca artystów z Ralphem Kaminskim, której owocem okazało się być Imperium, zaskakujące swoim nagłym dynamizmem.



Już otwierająca album kompozycja, zatytułowana po prostu Pieśń Pierwsza, fascynuje idealnymi, chóralnymi wokalami artystów Śląska i grą instrumentów smyczkowych. Osobiście ogromne wrażenie zrobił na mnie KRÓL w Wołaniu. Artysta brzmi kompletnie inaczej niż dotychczas, jego wokal nabiera wyjątkowej głębi, a on sam udowadnia, że wyzwania nie są mu straszne. Podobnie sytuacja ma się w przypadku Organka, choć jemu nawet w balladę udało się przemycić nutę rockowego zacięcia w swoim śpiewie. Koniecznie należy jednak przyjrzeć się na tym albumie kobietom, bo obok wyżej wspomnianej Julii Pietruchy, również Natalia Grosiak w Chmurach oraz Bela Komoszyńska w kompozycji Utopiec dodały od siebie wspaniałej delikatności. Warto zwrócić uwagę szczególnie na tę drugą pozycję, w której wreszcie wybrzmiewa rap. Prawdziwym zaskoczeniem jest niezwykle elegancka, zamykająca krążek Pieśń Ostatnia, w której usłyszeć możemy… Korę.

Wielką trudność sprawia opisywanie każdego utworu z Pieśni Współczesnych osobno, ponieważ ten album postrzegać należy – w moim odczuciu – całościowo. Choć płyta ta nie należy do najprostszych w odbiorze, doznania z nią związane są niesamowite. To jak zderzenie różnych wszechświatów i pozycja, jakiej w polskiej muzyce jeszcze nie było, która jest piękna przede wszystkim dlatego, że w fantastyczny sposób połączyła tak skrajnie różne osobowości, głosy i style muzyczne. Prawdziwy przekrój rodzimej sceny.


