Covery dzielimy najczęściej na te udane oraz kompletne katastrofy. Nie tylko wschodzący muzycy zabierają się za interpretacje piosenek innych artystów. Największe gwiazdy również chętnie sięgają po utwory (najczęściej z dawnych lat), którym nadają nowe życie. Czasem próbują oddać ducha oryginału, a czasem stawiają na kompletną wariację, po której powstaje zupełnie inny kawałek. Oto niektóre z nich.

1. Hozier – Say My Name (org. Destiny’s Child)
Jeden z klasyków współczesnego R&B. W 1999 roku Beyoncé, Kelly Rowland, LeToya oraz LaTavia weszły do studia, a reszta – jak to mówią – jest historią. Powstał dynamiczny hit, za którym ukrywa się dość mroczny tekst o domniemanej zdradzie. Lecz to nie przeszkadzało mu w podbiciu najważniejszych list przebojów i klubów, gdzie gra po dziś dzień. O jego ogromnym sukcesie mogą świadczyć choćby dwie nagrody Grammy (z czterech nominacji) lub to, że uplasował się na 285. miejscu w rankingu 500 Najlepszych Piosenek Wszechczasów stworzonym przez magazyn Rolling Stone.
Minęło dwadzieścia lat, a Say My Name wziął na tapet Hozier. Irlandzki artysta kojarzony jest raczej z alternatywną, folkową muzyką, dlatego było to niemałe zdziwienie. Ale oczywiście zaśpiewał to na swój, autorski sposób. W jednym z wywiadów wytłumaczył skąd ten wybór. Zapewniał w nim o swoim uwielbieniu do hitu girlsbandu. Jednak nie była to miłość od pierwszego wejrzenia: „Potrzebowałem kilku dobrych lat, by uświadomić sobie, jak szalenie utalentowaną artystką jest Beyoncé. I była wtedy, jako tak młoda wokalistka”. Na potrzeby coveru zupełnie zmienił rytm i tonację, tworząc emocjonalną, folkową balladę. Tęsknota i ból wręcz wypływa z poszczególnych zwrotek, bo to na oddaniu emocji z tekstu Hozier skupił się najmocniej. Sam przyznaje, że praca nad tym małym projektem była świetną zabawą i w ten sposób zrehabilitował dwunastoletniego siebie, który wówczas był sceptyczny.
2. Annie Lennox – I Put A Spell On You (org. Screamin’ Jay Hawkins)
Choć większość kojarzy ten utwór z nieśmiertelną Niną Simone, oryginalną wersję stworzył Jay Hawkins. Cofnijmy się do lat 50., gdzie królował blues, jazz i kiełkował rock’n’roll. I Put A Spell On You też miało takie być – klasyczna, bluesowa ballada, zwykła piosenka o miłości. Jednak jak to zwykle bywa w przypadku wielkich hitów, wszystko było dziełem przypadku lub alkoholu. W tym przypadku było to połączenie tych dwóch czynników. Sam Jay Hawkins nawet nie pamięta nagrywania tej wersji, bo producent upił wszystkich w studio do upadłego. W taki sposób powolna, romantyczna piosenka zmieniła się nie do poznania, bo Jay wykrzyczał wszystkie swoje emocje. I tak zostało, a utwór znalazł się na liście tych, które ukształtowały współczesny rock’n’roll.
I Put A Spell On You interpretowało wielu. Jedną z ciekawszych jest jazzowa wariacja Annie Lennox po prawie 60 latach. Właśnie taka, jaką Jay Hawkins sobie wymarzył, lecz z pazurem, który ma w sobie szkocka wokalistka. Nie tyle romantyczna, co sensualna i uwodzicielska. Artystka wyciągnęła z tego utworu całą zmysłową esencję, którą wzmocniła klasyczną orkiestrą. Nic dziwnego, że kawałek znalazł się w soundtracku do 50 twarzy Greya…
3. Taylor Swift – September (org. Earth, Wind & Fire)
Kolejna podróż w czasie, tym razem do szalonych lat 70. September to chyba największy hit tego okresu, a na pewno największy hit zespołu Earth, Wind & Fire. Zakorzenił się w kulturze popularnej tak mocno, że 21 września stał się prawdziwym świętem miłośników tego kawałka. Powstawał przez ponad miesiąc, bo muzycy tworzyli go używając progresji – przenoszenia danej melodii o określoną odległość w górę lub dół skali muzycznej. To dzięki niej jest tak uzależniający i nie sposób wyrzucić go z głowy. W tekście powtarza się pewien fragment, wyśpiewywane w rytm muzyki ba-dee-ya, które… nie znaczy nic. Podczas procesu kreatywnego Alle Willis domagał się zmiany tego fragmentu: „Co, do cholery, znaczy ba-dee-ya?”. Na to Maurice White odparł: „A kogo to obchodzi? Nigdy nie pozwól tekstowi stanąć na drodze brzmieniu”. Bo w tej piosence to szalone, taneczne połączenie R&B i disco jest najważniejsze. Wielu zastanawiało się, co stoi za ikonicznym już 21 września. Tu również przychodzi gorzkie rozczarowanie. „Nic, po prostu brzmiało dobrze” – podsumował wokalista.
Czterdzieści lat później September stało się romantyczną, country balladą. To był powrót do korzeni Taylor Swift, która debiutowała właśnie w tym gatunku. Wystarczy tylko gitara, jej głos i dzieje się magia. Dociekliwi słuchacze znajdą jeszcze jedną rzecz, która nieco zgrzyta. W jej wersji nie wracamy do 21, a 28 września. U niej nic nie jest dziełem przypadku. Coś o tym wiedzą jej fani, którzy doszukują się ukrytych informacji w easter eggach, które artystka uwielbia zostawiać. Szybko spostrzegli, że 28 września to dzień, w którym Taylor Swift i Joe Alwyn rozpoczęli swój związek. Wiedząc to, jej interpretacja nabiera emocjonalnego, melancholijnego wydźwięku. Myślę, że Earth, Wind & Fire nie obrazili się za tę małą zmianę.
4. Brodka – Wszystko czego dziś chcę (org. Izabela Trojanowska)
Klasyk polskich lat 80. i – według złośliwych – jedyny przebój Izabeli Trojanowskiej. Co ciekawe, podkład muzyczny zagrała Budka Suflera, z którymi Izabela wówczas koncertowała. Najsłynniejszy wykon pochodzi oczywiście z XVIII Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, gdzie Trojanowska wyszła w kultowej już krótkiej fryzurze i za dużym, męskim garniturze. Zszokowała publiczność na tyle, że otrzymała tytuł Miss Obiektywu. W czasach, gdy na porządku dziennym była cenzura, teksty piosenek były zgrabnie kamuflowane tak, by ją obejść. Stąd spod słów oceniających PRL-owską rzeczywistość wyłania się lubieżny erotyk. Sama wokalistka po latach powiedziała, że nie wychwyciła seksualnych aluzji i gdyby to zrobiła, nie zaśpiewała by wówczas tej piosenki. Dobrze, że była tego nieświadoma, bo stracilibyśmy taki hit.
Brodka to prawdziwy kameleon polskiej sceny. Z każdą kolejną płytą przybiera nowe wcielenie, podobnie jak jej muzyka. Nic dziwnego, że to właśnie jej zaproponowano scoverowanie Wszystko czego dziś chcę na potrzeby serialu Rojst. Od początku było wiadome, że nie będzie to wierna interpretacja. Wolna, mroczna i duszna – właśnie taka jest jej wersja. W tej sprawie zabrała głos również Trojanowska, która oceniła utwór jako intrygujący i cieszy się, że to właśnie Monika się za niego zabrała. I choć utwór trwa prawie 6 minut, ani trochę się nie dłuży. Każdy dźwięk jest na wagę złota.
5. KARAŚ/ROGUCKI – 1996 (org. T. Love)
T. Love tworzyli na polskiej scenie przez 35 lat. W tym czasie wylansowali wiele hitów, które znają wszyscy Polacy. Tym nieco zapomnianym pozostaje 1996 z ich wydawnictwa Al Capone. Album przyniósł powiew świeżości do ich rockowej stylistyki, bo czerpał z bluesa, a nawet reggae. Muniek Staszczyk krytycznym okiem ocenia życie w Polsce i uwypukla negatywne cechy kraju nad Wisłą.
Niestety, mimo upływu lat nic się nie zmieniło. Polska to nadal „nietolerancji, znieczulenia raj”. W 2018 roku na kolaboracyjnym albumie T. Cover mogliśmy usłyszeć ten hymn w wykonaniu świeżej formacji KARAŚ/ROGUCKI. Obaj panowie zrobili sobie przerwę od swoich zespołów – The Dumplings oraz Coma – i postanowili stworzyć coś razem. Do słodko-gorzkich słów dodali elektroniczne, hipnotyzujące brzmienie. Właśnie od tego coveru rozpoczęli swoją działalność i po kilku miesiącach wydali pierwszy, wspólny album – Ostatni bastion romantyzmu.
