Miley Cyrus – Bangerz (2013), recenzja Sandry Szepietowskiej

Wszyscy, którym Miley Cyrus, mimo ostatnich skandali, ciągle kojarzy się z serialami dla dzieci i infantylną muzyką, powinni przesłuchać jej nowy album – Bangerz. Jest to zdecydowane oderwanie od wizerunku grzecznej, słodkiej, nieświadomej i wycofanej dziewczynki na rzecz wyzwolonej i pewnej siebie kobiety. Czy to ruch w dobrą czy złą stronę? Właśnie sama nie wiem…

Z jednej strony, Hannah Montana to twór całkowicie sztuczny i zupełnie niepożądany w świecie, przyjaznej uchu muzyki, więc powinniśmy się cieszyć z nowego wizerunku gwiazdy. Z drugiej jednak, nowa wersja Miley, jest dość irytująca i choć trwa, na razie, krótko to już zdążyła znudzić i zmęczyć. W tym całym szaleństwie zabrakło etapu przejściowego. Nie wiem do końca, co przesądza o negatywnych odczuciach wobec Bangerz. Wiem tylko, że żałosna promocja albumu, w postaci kontrowersyjnego występu podczas gali MTV, denerwująca Miley z wywieszonym językiem i  zbyt duże zamieszanie związane z jego wydaniem, z pewnością się do tego przyczyniły. Niestety, tak już często bywa, że im bardziej zachwala się wydawnictwo przed jego ukazaniem, tym słuchacze mają większe wymagania wobec niego. Moje oczekiwania w stosunku do tej płyty zdecydowanie wzrosły, po tym jak usłyszałam, że Cyrus chce żeby, jej nowe dzieło, podbiło serca całego świata, tak jak BadMichaela Jacksona. Podobno Bangerz jest idealnie dopracowany, a artystka współpracowała nawet z producentami hip hopu, takimi jak Mike WiLL Made It i Pharrell Williams, aby osiągnąć pożądany, nowy dźwięk.

Spodziewałam się, że single będą najlepszymi i najbardziej chwytliwymi utworami na płycie, ale oczywiście dałam również szansę innym piosenkom. Okazało się, że podejrzenia były słuszne, co nie znaczy, że inne nagrania nie zasługują na uwagę. Na przykład Adore You, które bardzo mile mnie zaskoczyło, prawie tak miło jak FU. To jest właśnie największa zaleta Bangerz – mała Miley dojrzała muzycznie i nie katuje nas już tylko disco przebojami. Jednak z rapowaniem powinna zdecydowanie dać sobie spokój. Doskonałym na to, dowodem jest Do My Thang. Rozbawiła mnie również tandetna podróbka Pour It UpRihanny, w postaci Love Money Party. Ciekawego akcentu nadaje też duet z Briteny Spears. Ta dzika kompozycja jest w nowym stylu księżniczki pop, więc zupełnie mnie nie zaskoczyła. Z przykrością muszę stwierdzić, że te dwie panie byłby w stanie zrobić coś dużo lepszego razem.

Single, single i jeszcze raz single! Stanowią najmocniejszą stronę tej płyty, więc warto im się przyjrzeć bliżej. Gdyby nie one, Bangerz nie cieszyłoby się dzisiaj takim zainteresowaniem mediów i słuchaczy. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że We Can’t Stop i Wrecking Ball różnią się od siebie diametralnie pod kątem muzycznej dojrzałości artystki. Pierwszy to wesoły, imprezowy kawałek opowiadający o… imprezie, oczywiście. Nie wyróżnia się niczym, poza tym, że łatwo wpada w ucho i prześladuję swoją melodią zakamarki pamięci. Za to, Wrecking Ball to już powoli legenda. Za sprawą dziwnego i szokującego teledysku Cyrus postanowiła zmusić wszystkich do przesłuchania tego utworu. Ta synth-popowa ballada została wydana 25 sierpnia 2013 roku i stała się wielkim przełomem w karierze artystki. Towarzyszący jej teledysk obecnie zdobył rekord Vevo w liczbie wyświetleń w ciągu pierwszych 24 godzin od jego wydania.

Z niecierpliwością czekam na duet RihannaMiley. Może na nowej płycie Riri, zagości nowa buntowniczka? Jeśli do tego dojdzie, z pewnością  będzie to stuprocentowy ekshibicjonizm.

Wczoraj album Miley recenzowała Zuzanna. Ona przyznała Miley 6.9/10.

miley cyrus bangerz

Czytaj również