Michał Szpak – Byle być sobą (2015), recenzja Beaty Prętnickiej

Kontrowersyjny, charyzmatyczny, kolorowy. Tak mniej więcej określano Michała Szpaka w trakcie trwania pierwszej edycji X-Factor. Jako uczestnik, a w końcu finalista tego talent show, pokazywał swój bogaty wachlarz umiejętności, co nie szło w parze z jego karierą muzyczną, która wówczas była właściwie żadna. Pomijając oczywiście epizody związane z okazjonalnym wykonywaniem coverów czy też autorskiej EPce, zmiażdżonej przez krytykę. Niecałe pięć lat po tych wydarzeniach powraca z debiutanckim albumem. Z brzmieniami, których nikt się nie spodziewał.

Zazwyczaj jest tak, że największe talenty muzyczne nie mają żadnej promocji w radiu, telewizji. Wtedy z pomocą przychodzi Internet, ale i tutaj trzeba liczyć na łut szczęścia, że ktoś w gąszczu różnych innych stron zauważy właśnie ten jeden konkretny zespół bądź też artystę.

Hej bejbi, wcielę się dziś w każdą postać…

Z Michałem było trochę inaczej. Jego barwny wizerunek sprawił, że było o nim głośno, a sam fakt dojścia do finału pierwszej edycji programu X-Factor jeszcze bardziej potęgował to wrażenie. Pamiętam te momenty po programie. Gienek Loska prawie pół roku po wygranej wydaje krążek Hazardzista. O Adzie Szulc było głośno, ale po jakimś czasie (ścieżka dźwiękowa do Big Love, wspólny projekt z DJ Adamusem). A Michał? Źle zaczął. Co prawda, był obecny w mediach, lecz z biegiem miesięcy coraz więcej osób pytało się go o dalsze plany muzyczne.

Pod koniec 2011 roku jego najwierniejsi fani otrzymali odpowiedź. Wtedy to Szpak wydał EPkę XI. Miało wyjść chyba niekonwencjonalnie i „rockowo”. Wyszło dość kiczowato i można śmiało powiedzieć, że był to wówczas zamach na polską muzykę. Udany zresztą, bo nawet moje uszy (chociaż zazwyczaj cierpliwe) zaczęły krwawić. Papa Dance w wersji deluxe. Wszyscy wiedzieli jednak, że XI nie był szczytem możliwości wokalnych artysty i cierpliwie czekali. W międzyczasie otrzymywali różne przebłyski w postaci wykonywanych coverów podczas festiwali, które były transmitowane w telewizji. Nadszedł jednak rok 2015 i premiera singla Real Hero / Jesteś Bohaterem. Później otrzymaliśmy do odsłuchu tytułowy utwór o wymownym tytule. Byle Być Sobą.

Biegam boso po mieście, by zacząć rewolucję….

Sukces osiągnięty po Krajowych Eliminacjach do Konkursu Piosenki Eurowizji, jakim był utrzymywanie się Byle Być Sobą przez kilka tygodni w pierwszej dwudziestce Oficjalnej Listy Sprzedaży skłonił mnie do ponownego odsłuchu debiutanckiego krążka artysty. By zrozumieć dlaczego nawet moja mama zaraz po telewizyjnej transmisji napisała do mnie: Wysłałam SMSa na Szpaka! I wygrał! By jeszcze raz się zastanowić, czy w październiku, gdy po raz pierwszy sięgnęłam po ten krążek nie odrzuciłam tego materiału zbyt pochopnie. Pisałam tutaj wówczas, że tej płyty po prostu nie da się słuchać i Michał kolejny raz nawalił. Zróbmy jednak reset. Zapomnijmy na chwilę o X-Factorze, XI EP oraz nieszczęsnych zagraniach PRowych, z nieszczęsnymi życzeniami dla Marleny. Nie, nie znam człowieka pierwszy raz zobaczyłam go w marcu, w telewizyjnym warszawskim studiu.

Patrząc z innej, świeższej perspektywy faktycznie można się zachwycić. Co prawda, chwilowo brzmi to jak nieudolne naśladowanie dawnych czasów, to sprawia dość dobre wrażenie. Jest lirycznie, rockowo. Jednak ciągle mam wrażenie, że Michał jest w jakimś talent show. Jakby chciał pokazać nam pełnię swoich możliwości, dostajemy jednak niedoskonałe utwory, które brzmią po prostu jak covery z Internetu – oczywiście, mam na myśli te z tej drugiej kategorii. Można zaobserwować jednak pewien progres. Szpaka jednak da się słuchać!

Zacznijmy od mankamentów, choć wiadomo, że Szpakofani uznają to za zaletę: staromodność. Gdy po raz pierwszy usłyszałam Jesteś bohaterem/Real Hero uznałam, że Michał wbił sobie nóż w plecy. Miało być pięknie, ckliwie, a tymczasem wyszło, jak wyszło. Kompozycja ma w sobie coś irytującego na tyle, że… sorry, po prostu ręce mi opadają. Z założenia miała to być ballada z wspaniałym głosem Michała, lecz wszystko zebrane w jedną całość jest kiczowate. Serio, to był pierwszy singiel?!

Już o wiele lepiej jest z tytułowym Byle Być Sobą. Tu jest dość przyjemny i relaksujący klimat, gdzie chwilami Szpak zachęca nas do tego byśmy po prostu robili swoje. Jednak główną rolę odgrywa tu muzyka, której ciąg dalszy jest przez chwileczkę również w Rosanna. Numer po chwili zamienia się w kawałek, który chwilami przypomina mi to, co rockowe kapele wyprawiały w latach 90. Być może idealne do przytulańca na studniówkę…

Środek wydawnictwa zawiera same perełki. Bo Życie Takie Jest bije na głowę jego angielski odpowiednik, Such Is Life. Tutaj wszystko się zgadza: krótki i dosadny tekst oraz ponownie jak we wspomnianym wcześniej Byle Być Sobą na pierwszy plan wychodzi muzyka. I jeżeli Szpak w przyszłości chciał tworzyć ballady to najlepiej takie jak ten numer albo eurowizyjne Color Of Your Life. W tym miejscu chciałabym podziękować Szpakofanom, że poprosili Michała, by właśnie z tym kawałkiem pojechał na Krajowe Eliminacje (też bym na ich miejscu to wybrała). Opłacało się. Kontynuując temat perełek, powiem tylko trzy słowa: Tic Tac Clock. Crème de la crème całego krążka. Zdecydowanie godny przesłuchania, choćby z powodu throwbacku do lat 80. Chociaż na początku zaczyna się dość „seksownie”, to w późniejszym czasie żałuje się, że utwór jest taki krótki.

Drugą wadą tego wydawnictwa jest Znika Cały Mrok. Nie za bardzo wiem, co przez ten kawałek zamierzano osiągnąć. Brzmi trochę jak połączenie Rafała Brzozowskiego i Stachursky’ego. No i trochę bogatsza wersja Sandman od Hurts. Chociaż numer od Brytyjczyków brzmi dużo mroczniej, to jednak oni potrafili mnie zaciekawić, zauroczyć. Ludzie od Szpaka zdecydowanie przesadzili: za dużo w tym wszystkim różnych ozdobników, efekciartwa. Kicz.

Kończąc rozważania, mogę powiedzieć jedno: jest progres, jeżeli chodzi o dyskografię Michała Szpaka. Chłopak naprawdę ma talent, lecz po pierwsze nie umie go wykorzystać, a po drugie ma dość dużego pecha, jeżeli chodzi o utwory pisane dla niego. Iskierką nadziei pozostał Ostatni Zakręt, w którym motywuje do działania (nie wiem który to raz), lecz tylko tutaj jestem w stanie mu uwierzyć. Mam wielką nadzieję, że Szpak nie zaprzepaści szansy promocyjnej, którą zawdzięcza Eurowizji i będzie potrafił przekuć to w większy sukces. Na swojej przyszłej płycie na której naprawdę będzie sobą – jeżeli chodzi o Byle Być Sobą jako wydawnictwo to dość ciężki materiał do recenzji. Ma się wtedy milion myśli w głowie i żadnego perfect matcha, by dopasować je wszystkie do siebie. Ba, by w ogóle je dopasować…

PS: I nadal za bardzo nie rozumiem fenomenu Color Of Your Life. Nadal mam mieszane uczucia, a cały krążek spotęgował jeszcze bardziej to zjawisko. Liczyłam na odwrotny efekt.

Czytaj również