Solidna porcja trash metalu! Metallica – 72 Seasons, 2023 (recenzja)

Inne recenzje

To kolejny album Metalliki, na którym zespół krąży wokół swojej spuścizny. Totalnie odcinając się od eksperymentów z płyt Load czy Reload czy garażowego St Anger, podążając utartą przez Death Magnetic oraz Hardwired…To Self-Destruct ścieżką, nowy album serwuje nam stare, sprawdzone pomysły opakowane w nowe kompozycje. I nie jest to przedstawione w tak oczywisty sposób jak w przypadku AC/DC, ale Metallica72 Seasons to album zbudowany na auto-referencjach, przedstawiający kilka naprawdę świetnych utworów, w których fani mogą odnaleźć style przewijające się przez karierę zespołu. Całokształt wypada dumnie, choć nie obyło się bez zapychaczy, które proszą się o skip.

Na karierę Metalliki składają się meandry spektakularnych, przełomowych wydawnictw, ale także wizerunkowych czy artystycznych sabotaży ze stronny samego zespołu jak wojna z Napsterem czy albumy jak St Anger czy Lulu. Fenomen grupy stał się więc tematem nieustającej i polaryzującej środowisko metalowe dyskusji. Część słuchaczy będzie trzymać się sztywnej koncepcji, że to zespół jednego albumu i że grupa skończyła się na Kill ‘Em All, znajdą się też odbiorcy, którzy znają tylko balladowe Nothing Else Matters czy The Unforgiven. Nie można jednak odebrać zespołowi jego wkładu w rozwój muzyki metalowej. Po serii świetnych albumów z lat osiemdziesiątych grupa osiągnęła swój szczyt komercyjny w 1991 wydając legendarny The Black Album, który sprawił, że Amerykanie przestali należeć wyłącznie do świata trashu i stali się częścią pop kultury. Od tego czasu grupa motała się, eksperymentując z brzmieniem i formą wyrazu. W 2016 po kilku słabo przyjętych wydawnictwach Metallica przedstawiła światu Hardwired…To Self-Destruct, który był najlepszą pozycją zespołu od początku lat dziewięćdziesiątych. Utwory jak Atlas Rise czy Moth Into Flame stały się udanym odświeżeniem setlisty koncertów amerykańskiej grupy. 

Przychodzi więc czas na jego następcę. Po siedmiu latach nakładem należącej do Metalliki wytwórni Blackened Recordings ukazuje się trwający aż 77 minut album 72 Seasons. Tytuł odnosi się do sumy pór roku, jakie jednostka przeżywa przed osiągnięciem pełnoletności. Pierwszy singiel promujący album, Lux Æterna, pojawił się bez zapowiedzi w listopadzie zeszłego roku i trzeba przyznać, że to solidna kompozycja. Ostry, prawdziwie trashowy metalowy utwór, czerpiący wzorce z debiutanckiego albumu, nie wypadający blado przy Hit The Lights czy Seek And Destroy. Powtarzający się przez utwór wers Full speed or nothin’ idealnie oddaje dynamikę utworu. I choć czuć, że nie jest to już młodzieńczy bunt, to trudno nie poczuć radości z grania trashu płynącej z Lux Æterna. Z singli warto wyróżnić również rewelacyjne, tytułowe 72 Seasons. To energiczne dzieło sztuki, umiejętnie budujące napięcie chwytliwymi riffami. Wszystko tutaj pasuje do siebie, wejście w zwrotkę Jamesa Hetfielda, który śpiewa o karmieniu się nienawiścią w obliczu bezsilności, następnie pojawia się mroczny bridge, który uwypukla świetną grę sekcji rytmicznej Ulrich-Trujillo w refrenie. Utwór trzyma w napięciu, ma w sobie ducha zespołu, jakim Metallica była w latach debiutu, przywołuje to legendarny już wah-wah Kirka Hammetta oraz jego finezyjna solówka pod koniec kompozycji.  

Do udanych pozycji trzeba także zaliczyć bardziej hard-rockowe niż metalowe Screaming Suicide. Utwór wybija się z dyskografii zespołu tekstem, który mówi o bezsilności jednostki w obliczu głębokiej depresji. Wersy jak Don’t ever speak my name, remеmber you’re to blame, keep mе inside, my name is suicide należą do jednych z najbardziej zaangażowanych społecznie w historii. Ostatni z singli, przypominający styl Metalliki na …And Justice for All, If Darkness Had a Son, świetnie buduje klimat. Pomimo, że utrzymany w średnim tempie, zachwyca stopniowaniem emocji, co dopełnia rewelacyjna solówka Hammetta. To udana próba stworzenia dłuższego, trashowego utworu, osobiście uważam kompozycje za najbardziej Metallikową na 72 Seasons.

W ramach chwalenia kompozycji warto wspomnieć również od zaczynającego się mrocznym riffem gitary basowej Sleepwalk My Life Away. Utwór powstał podczas jam session sekcji rytmicznej Metalliki i miło usłyszeć Roberta Trujillo postawionego na piedestale, którego instrument buduje kompozycje, czego zespół dawno nie serwował w tak bezpośredni sposób. Sleepwalk My Life Away przynosi bardziej śpiewną artykulacje Hetfielda, przez co utwór szybciej wpada ucho i można go podpiąć pod założenia The Black Album, czyli przebojowo i przystępnie. Trujillo dodaje również kolorytu do aranżacji jako wokal wspomagający w You Must Burn! Brzmiąca trochę jak Black Sabbath kompozycja ma w sobie mrok, który byłby ozdobą każdego wydawnictwa zespołu. 

Warte zauważenia jest również żywiołowe, trashowe Shadows Follow opierający się na prostych, przesterowanych riffach. Wraz z Room Of Mirrors utwór został okraszony uwypuklającym dynamikę kompozycji teledyskiem autorstwa Tristana Zammita, znanego z współpracy z tragicznie zmarłym XXXTentacionem czy marką Reebok.  

Świetna jest też alternatywnie brzmiąca, zamykająca album Inamorata, z genialnym balladowym fragmentem w środku utworu. Ozdobą utworu są progresywne solówki Hammetta, pulsujący bas Trujillo, stonowana gra Ulricha i dopełniający kompozycje ciepły głos Hetfielda. To najbardziej niespodziewany utwór na płycie, nadający całokształtowi kolorytu, sprawiąjący, że album choć na chwilę wprowadza odmianę nastroju. No właśnie, tegoroczne wydawnictwo cierpi na brak momentu odpoczynku dla słuchacza. Głównym problemem jest brak balansu między bangerami oraz spokojniejszymi brzmieniami jakie Metallica miała w zwyczaju dodawać do repertuaru. Przez wypełniacze jak Crown Of Barbed Wire, Chasing Light czy Too Far Gone? 72 Seasons mimo świetnych momentów się dłuży. Brakuje tu lżejszego brzmienia, czasem pojawiającej się gitary akustycznej (przez której użycie na drugim albumie zespół został okrzyknięty zdrajcami trashu), która wyważyłaby wydźwięk płyty. Pomimo tego jedenaste w dorobku zespołu wydawnictwo należy do udanych pozycji w ich katalogu. Są tutaj świetne kompozycje, które były ozdobą każdej płyty Metalliki, po których można spokojnie stwierdzić, że band nie traci formy, udowadnia, że rozumie kierunek który obrał na Death Magnetic i konsekwentnie się jego trzyma. Najnowsza trasa koncertowa oparta została na koncepcie grania dwóch koncertów w każdym mieście, gdzie piosenki nie będą się powtarzać i jest to świetna alternatywa dla wydarzeń, gdzie Metallica była zmuszona grać w kółko Enter Sandman czy Nothing Else Matters, a ma do zaoferowania znacznie więcej, czego dowodem jest tegoroczne 72 Seasons. 

Metallica - 72 Seasons
  • Data premiery: 14 04 2023
  • Single: Lux Æterna, Screaming Suicide, If Darkness Had a Son, 72 Seasons
Najlepsze utwory: 72 Seasons, Lux Æterna, Sleepwalk My Life Away, Inamorata, If Darkness Had a Son
Najsłabsze utwory: Crown Of Barbed Wire, Chasing Light, Too Far Gone?


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Bartłomiej Pindel
Bartłomiej Pindel
Z wykształcenia przewodnik, jednak swoje spełnienie znajduje w muzyce. Dźwięk winyla, podróż w nieznane oraz golden hour to moje powody do uśmiechu. Dumny z wychodzenia na pole, obecnie mieszkaniec uroczego walijskiego miasteczka Aberystwyth

Czytaj również

To kolejny album Metalliki, na którym zespół krąży wokół swojej spuścizny. Totalnie odcinając się od eksperymentów z płyt Load czy Reload czy garażowego St Anger, podążając utartą przez Death Magnetic oraz Hardwired...To Self-Destruct ścieżką, nowy album serwuje nam stare, sprawdzone pomysły opakowane w nowe kompozycje. I...Solidna porcja trash metalu! Metallica - 72 Seasons, 2023 (recenzja)