W życiu każdego artysty przychodzi taki czas, kiedy przechodzi swoją metamorfozę. Kiedy zrzuca swoje piękne warkocze i mnóstwo kolorów, na rzecz prostoty i pięknego brzmienia. Człowiek rozwijający się to człowiek, który umie poruszać się w zmieniającym świecie. O pracy nad płytą, zmianach w życiu i nowym brzmieniu – Marika.
Marika. Wokalistka, która czaruje swoim uśmiechem i podejściem do życia. Kameleon sceniczny, ciągle się zmieniający. Na swoim koncie ma kilka płyt i setki koncertów. Brzmieniowo próbowała wielu stylistyk. Jawiła nam się jako Pani Naczelnik, Królowa Polskiego Dancehallu i Reggae. Na jesieni tego roku wydała płytę sygnowaną własnym imieniem i nazwiskiem, Marta Kosakowska, w którym zaskakuje nowym brzmieniem. To z niej pochodzą piękne Tabletki i równie dopracowane A jeśli to ja z Gooralem.

Fot. Bartek Muracki: Photographer / FB wokalistki
Łukasz Jaćkiewicz: Mariko, a raczej Marto w świetle ostatniej płyty. Czemu właśnie teraz postanowiłaś zrobić swój „muzyczny coming out”, bo tak chyba trzeba określić zatytułowanie płyty nie pseudonimem a prawdziwym imieniem i nazwiskiem?
Marika: Chciałam dać wyraźny sygnał, że trochę się pozmieniało. Że to już dojrzalsze pisanie, bardziej świadome i ręczę za nie imieniem i nazwiskiem. Pseudonim to jednak zawsze jakaś forma maski, roli.
Łukasz Jaćkiewicz: Na okładce jednak wciąż widnieje „Marika”. Co łączy więc Marikę z Martą Kosakowską?
Marika: Marika wprowadza Martę Kosakowską, szerzej dotąd nie znaną. To oczywiste, że chciałam, żeby ta płyta dotarła do ludzi, a Marika, póki co ma dużo większy, bo wypracowany przez piętnaście lat zasięg. W gruncie rzeczy jest to po prostu organizacyjno – promocyjny ruch. Dostałam w ciągu ostatnich 2 lat mnóstwo sygnałów, że piszę i mówię interesująco i dojrzale i że to jest zaskakujące, bo robię wrażenie trzpiotowatej i niezbyt sensownej dziewczyny. Składają się na to wrażenie z jednej strony wesołe reggae’owe piosenki, które napisałam, z drugiej moja kolorowość, wzorzystość, warkocze, które większość bierze za dready i wpisuje w okres młodzieńczego buntu i przynależności do subkultur, z trzeciej wreszcie, telewizyjna konferansjerka. Od pewnego czasu istniał rozdźwięk między wizerunkiem = Mariką, a faktycznym stanem. Nieuchronnie przyszedł taki moment, który świetnie znamy. Każdy ma w rodzinie jakąś powiedzmy Małgosię. No więc następuje w życiu Gosi, taki dzień, kiedy na przyjęciu rodzinnym wujkowie, ciocie i inne takie indywidua doznają olśnienia: „oho! Toż to już przecież dawno nie Gośka, lecz Małgorzata (piersi! wypowiedzi o życiu! dowód osobisty!!)” i zamiast kompotu, zaczynają jej do obiadu lać wytrawne wino.
Łukasz Jaćkiewicz: Zmiany, zmiany, zmiany – tak chyba trzeba określić to co się w Twoim życiu teraz dzieje. To dlatego, że kobieta zmienną jest czy to poczucie, że człowiek powinien się rozwijać i dążyć do nowego?
Marika: Jak mawia moja przyjaciółka Dora – „nawet papier toaletowy się rozwija”! (śmiech)
Łukasz Jaćkiewicz: Zanim jednak przejdziemy do tematu stricte muzycznego, ciekawi mnie ta druga strona. Wielu z Twoich fanów zawiedzionych jest brakiem Twoich warkoczyków, z których Cię między innymi kojarzyli. Ja jednak przyznam, że to miła odmiana. Również wizerunkowo chciałaś się zmienić na potrzeby tej płyty?
Marika: Tak, chciałam oczyścić sytuację, wymieść wszystkie bibeloty i zbędne przygwizdy, pomalować na biało i zacząć urządzać na nowo. W takiej klarownej przestrzeni pojedyncza myśl jest czytelna. W tych wszystkich warkoczach i kolorach gubiło się to, co istotne. Ja nie jestem od wyglądania.
Łukasz Jaćkiewicz: Mówi się, że jeśli kobieta zmieni fryzurę, to chodzi o coś więcej. Jakie zmiany nastąpiły u Ciebie w przeciągu tego okresu?
Marika: Właściwie już wszystko powiedziałam. Ale kluczowa zmiana jest taka, że przestałam się bać, że bez krzykliwego wizerunku przestanę być widoczna. Przeciwnie, dopiero teraz wiadomo, co mam do powiedzenia. I albo się to bierze, albo nie.
Łukasz Jaćkiewicz: Nowa płyta to już całkowite odejście od strony dancehallowej. To już koniec tej Mariki czy raczej przerwa i wzięcie głębszego oddechu?
Marika: Dziś mówię: koniec. Dzisiaj czuję taką płytę. Nie wiem co będzie w przyszłości. Przyszłość to wyobraźnia.
Łukasz Jaćkiewicz: Na nowej płycie jawisz mi się jako dojrzała i refleksyjna kobieta. Ta dojrzałość wypływa z Twoich doświadczeń na scenie, z tego co już się w Twoim życiu wydarzyło?
Marika: I z życia i ze sceny.
Łukasz Jaćkiewicz: Mam też wrażenie, że dużo bardziej kładziesz nacisk na wokal, który w wielu utworach jest emocjonalny i zmysłowy. Odkryłem w nim nowe walory i nowe wartości. Masz poczucie, że te utwory odkryły Twój głos na nowo?
Marika: Człowiek uczy się całe życie. Dawniej bardziej melorecytowałam, podawałam tekst rytmicznie, teraz mam ochotę śpiewać. Odkrywam, jakie możliwości ma instrument, który mam wbudowany wewnątrz. Dlaczego tak? Patrz punkt 3 (śmiech).
Łukasz Jaćkiewicz: Rozmawiałem ostatnio z Magdą Wójcik z zespołu Goya, która otwarcie mówi, że wciąż szkoli swój głos ze specjalistą. Jak jest w Twoim przypadku?
Marika: Od kilku lat regularnie chodzę na lekcje śpiewu. Nie wyobrażam sobie jak, uprawiając ten zawód, mogłabym się bez tego obyć. To jest niezbędne, jak BHP. Poza tym, bez tego nie ma rozwoju, a jak nie ma rozwoju to można się położyć i umrzeć.
Łukasz Jaćkiewicz: Brzmieniowo wracasz trochę do Breakbeat Propoganda. To Twoje pierwsze fascynacje muzyczne. Tęskniłaś za nimi? Czemu taki a nie inny format?
Marika: Tak, bardzo tęskniłam, ale to, co robiliśmy z Breakbeat Propagandą 13 lat temu – to było 13 lat temu i od tamtej pory dużo się w muzyce elektronicznej zadziało. A ja w tym nie uczestniczyłam, bo siedziałam po uszy w reggae. Najpierw, wspominając moje drum’n’bassowe czasy zrealizowałam projekt Marika Elektronicznie – zagraliśmy taką trasę koncertową i okazało się, że ludzie bardzo dobrze przyjmują mnie w tym wydaniu. To mnie dodatkowo zainspirowało, żeby wrócić do takich brzmień, ale współczesnych. Nawiązałam współpracę z ludźmi, którzy robią to dziś. Stąd m.in. Kwazar, xxanaxx, Brainfreezer, Patryk Kraśniewski na moim albumie.
Łukasz Jaćkiewicz: Łączysz tu elektronikę z żywymi instrumentami. Taki był tego pierwszy zamysł czy to wynikło podczas nagrywania „Marty Kosakowskiej?”
Marika: Zamysł był taki, żeby w sercu tej płyty był ludzki głos, bas (dużo! syntetyczny!) i kwartet smyczkowy.

Łukasz Jaćkiewicz: Nie da się ukryć, że na płycie znajdziemy kilku gości. To są Twoi przyjaciele? Ludzie, z którymi zawsze chciałaś podzielić się swoją energią i nagrać coś razem?
Marika: Od kilkunastu lat znamy się ze Skubasem, od kilku z Grubsonem i Michałem z Xxanaxx i wiele razy gadaliśmy o wspólnych piosenkach. Wreszcie udało się to zrealizować. Tak, z przyjemnością mogę powiedzieć, że przyjacielskie relacje i wzajemna sympatia i szacunek zadecydowały o tym, że te nagrania doszły do skutku.
Łukasz Jaćkiewicz: W jednym z wywiadów wyjawiłaś, że bardzo lubisz zespół Rudimental. Wiem, że spotkałaś ich podczas Colours of Ostrava, ale wtedy nie miałaś śmiałości podejść do nich. Gdyby się nadarzyła teraz taka okazja, podeszłabyś porozmawiać o muzyce? Może udałoby się nagrać coś w stylu „Tabletek?
Marika: Może! Wiem jedno: nie rezygnuj z okazji, nie wstydź się i nie obawiaj porażki. Próbuj. Cały czas próbuj. Aha! No i patrz punkt 3!
Marika: Ja również. Pozdrowienia dla wszystkich!




