Lorde – Melodrama (2017), recenzja Alicji Surmiak

Kto by pomyślał, że odkąd Lorde ujawniła światu debiutancki singiel minęły już ponad cztery lata. Na pierwszej płycie jednak cała kariera się nie utrzyma, a cztery lata to wystarczający okres na to, by przygotować porządny, nowy materiał. I tak, w marcu tego roku, przedstawiając nowy singiel Green Light, artystka zapowiedziała swój powrót w postaci krążka zatytułowanego Melodrama. Czy jednak przebił on swojego poprzednika?

Pierwszy album z klimatycznym Royals prędko zdobył serca słuchaczy, plasując się na pierwszych miejscach list przebojów w wielu krajach, wychodząc nawet poza Europę. Kilka miesięcy później, bo we wrześniu 2013 roku, światło dzienne ujrzał pierwszy album studyjny Lorde zatytułowany Pure Heroine, na którym wokalistka przedstawiała indie pop na swój własny, unikalny sposób. Drugie wydawnictwo wokalistki na sklepowych półkach pojawiło się 16 czerwca 2017 roku.

To, co zwróciło moją uwagę po pierwszym przesłuchaniu Green Light to przede wszystkim zmiana w głosie wokalistki – brzmi chłodniej, surowiej, nie tylko w tym utworze, ale we wszystkich kawałkach na wydawnictwie, dodając mu wyjątkowego klimatu. Druga rzecz, której nie sposób nie zauważyć to zupełnie inna stylistyka niż ta, z której dotychczas znaliśmy Lorde. Piosenkarka chętniej sięga po electropop, co niekoniecznie dobrze przedstawia się na tle jej poprzedniej twórczości. Stąd pierwszy singiel odpychał mnie trochę od sięgnięcia po Melodramę. Podobnie zresztą sprawa ma się w wypadku chwytliwego Perfect Places. Mimo, że oba te utwory pośród popowych, radiowych hitów świecą jasnym blaskiem, to na nowym krążku Elli Yelich-O’Connor wypadają blado.

Takich energicznych piosenek na płycie znajdziemy więcej. Jednym z nich jest następujące po Green Light, chwytliwe, ale jednocześnie niebanalne Sober, którego charakter to w dużej mierze zasługa użycia elektroniki obok instrumentów dętych. Efektem tego jest naprawdę interesująca mieszanka dźwięków. Co ciekawe – zupełnym przeciwieństwem tej kompozycji jest Sober II (Melodrama), będące podniosłym utworem, w którym instrumenty smyczkowe delikatnie podszywa elektroniczny bit.

Powtarzający się tytuł możemy również zauważyć w przypadku Liability oraz Liability (Reprise). Ten pierwszy to utwór, jakiego w swojej karierze artystka jeszcze nie miała – prosta, ale poruszająca ballada oparta wyłącznie na pianinie. Liability (Reprise) uznać można za jej kontynuację, ale wykorzystującą możliwości elektroniki, która dotyka zarówno muzyki jak i samego głosu Lorde. Wyżej niż Liability postawiłabym jednak emocjonalną balladę Writer in the dark, której podniosłości dodaje chórek i smyczki.

Moim faworytem na krążku jest jednak zdecydowanie pomysłowe The Louvre, składające się z wyciszających, delikatnych zwrotek, zwalniającego refrenu, gitarowej końcówki oraz wypowiadanych przez wokalistkę słów „Broadcast the boom boom boom boom and make’em all dance to it”. Całość składa się na jeden z najciekawszych utworów w karierze Lorde. Warto jednak zwrócić też uwagę na Hard Feelings/Loveless, będące propozycją, którą podzielić można na dwie części. Pierwsza to bardzo kontrastowa kompozycja, na początku spokojna i niepozorna, a później zaskakująca nas mnóstwem „wyskakujących” dźwięków. Po cichej przerwie otrzymujemy część drugą, w której piosenkarka czaruje słodkim głosem i ponownie śmiało używa elektroniki. Dzięki tym zabiegom słuchanie Hard Feelings/Loveless nie nuży mimo że całość trwa ponad 6 minut.

Całkiem dobrze przedstawia się również Homemade Dynamite, będące rytmiczną propozycją, w której Lorde bawi się swoim głosem uzyskując ciekawą barwę w refrenie, kiedy śpiewa:  Our rules, our dreams, we’re blind, blowing shit up with homemade dynamite. Lubię też Supercut – elektroniczne, energiczne, ale mające pewien klimat i chwytliwy refren ze szczególnie wpadającą w ucho frazą  In the car, the radio up.

Po pierwszym odsłuchu drugiego krążka Lorde, byłam zupełnie zawiedziona – a chyba niepotrzebnie skupiłam się aż tak na jego negatywnych stronach. Z  każdym kolejnym spotkaniem zaczęłam jednak doceniać ten album – bo prawda jest taka, że Melodrama to płyta chłodna, ale klimatyczna; spójna, ale nie nużąca; zupełnie inna niż Pure Heroine, ale dojrzała i pokazująca, że Ella Yelich O’Connor to już nie nastolatka, ale świadoma swojej twórczości, dwudziestoletnia artystka.

Czytaj również

Kto by pomyślał, że odkąd Lorde ujawniła światu debiutancki singiel minęły już ponad cztery lata. Na pierwszej płycie jednak cała kariera się nie utrzyma, a cztery lata to wystarczający okres na to, by przygotować porządny, nowy materiał. I tak, w marcu tego roku, przedstawiając nowy singiel Green...Lorde - Melodrama (2017), recenzja Alicji Surmiak