Laurel – Dogviolet (2018), recenzja Piotra Krajewskiego

Z debiutanckimi płytami bywa różnie. Wiele z nich to czyste perełki, które zaskakują dojrzałym brzmieniem i muzycznym bogactwem. Bywają jednak też te gorsze, nijakie, mało interesujące. Zawsze jest jednak nadzieja, że trafimy na zdolnego artystę z ciekawym pomysłem na siebie, gotowego na karierę oraz mającego coś do powiedzenia. Czy taka właśnie jest Laurel? Poznajcie 24-letnią Brytyjkę i jej debiutanckie dzieło Dogviolet.

Laurel to wcale nie taka debiutantka. Po raz pierwszy słuchacze usłyszeli o niej już w 2013 roku, kiedy zaczęła publikować swoje pierwsze utwory. Później przyszła pora na oficjalne single, minialbumy oraz koncerty. Młoda artystka nabierała coraz więcej doświadczenia, a fani klimatycznych i czasami niezwykle mrocznych kompozycji obserwowali jej stopniowy rozwój. Nie obyło się bez porównań do chociażby Lany Del Rey, Florence Welch czy Laury Marling.

Brytyjka szybko znalazła sympatyków swoich piosenek, w których mieszała artystyczny pop z brzmieniami indie, prezentując przy okazji niezwykle interesującą barwę głosu. Eteryczną, intrygującą, bardzo intensywną i angażującą. Co ciekawe, mimo że Laurel dopiero teraz w pełni debiutuje, jej wokal mieli okazję usłyszeć już widzowie w Polsce. W listopadzie zeszłego roku artystka supportowała trzy polskie koncerty grupy Oh Wonder i dała się poznać naprawdę z dobrej strony.

https://www.instagram.com/p/Bihk9JXgxGY/

„Poznajcie Laurel. Blondynkę z gitarą elektryczną, której talentu bez wątpienia nie brakuje. Wystarczyły już pierwsze dźwięki, aby zainteresowała słuchacza. Hipnotyzująca aura, przeszywający wokal i kawał niezłego indie grania. Widzom na pewno się podobało, bo młoda Brytyjka zgarnęła sporo braw” – czytaliście w naszej relacji z warszawskiego koncertu Oh Wonder.

Choć od tego momentu minęło kilka miesięcy i Laurel nie spieszyła się (i słusznie!) z wydaniem pierwszego albumu, dziś można już powiedzieć, że to pełnoprawna artystka z debiutancką płytą na koncie. I to jaką. Dogviolet to dzieło naprawdę godne uwagi.

24-latka zaprezentowała nam dwanaście dopracowanych i dopieszczonych utworów będących zgrabną miksturą alternatywnych oraz bardziej popowych brzmień. Trochę subtelności, bluesowości, melancholii i mocniejszego indie rockowego grania. Piosenkarka nie boi się czasami zwolnić, wejść w mrok, wylać z siebie najgłębsze emocje, zastanowić się nad trudną miłością. Potrafi również niespodziewanie uderzyć mocniej w gitarę i pokazać pazur. Fascynująca mieszanka.

Pełne emocji, nieco tajemnicze Life Worth Living, eteryczne South Coast, dynamiczne z wyrazistym refrenem i wszechobecną gitarą Same Mistakes czy dużo spokojniejsze oraz melancholijne Sun King idealnie pokazują, jak wiele ciekawego oferuje ten album.

Aż trudno uwierzyć, że Dogviolet to od początku do końca dzieło tylko i wyłącznie Laurel. Wszystko nagrała bowiem sama w domowym studiu. Później zajęła się produkcją, miksem, aż w końcu masteringiem płyty. Debiutantka mająca całkowitą kontrolę nad swoją muzyką. Nie stoi za nią duża wytwórnia płytowa. Pełna niezależność, o której już na początku kariery marzy wielu artystów. Słychać, że każde słowo i każdy dźwięk płyną prosto od Brytyjki. Żadnego fejku czy sztucznego upiększenia. Czysta i prawdziwa miłość do opowiadania poprzez muzykę o złożoności uczuć.

Pierwszy album Laurel nie zachwycałby aż tak, gdyby nie wokal. To on odgrywa tu główną rolę i jest motorem napędowym każdej z dwunastu kompozycji. Jej charakterystyczny głos hipnotyzuje, przyciąga i czaruje, a ta dziewczyna dobrze wie, co z nim zrobić. Wystarczy posłuchać zamykającego oraz nieco wycofanego Recover czy dwóch najlepszych utworów: flirtującego lekko z twórczością Florence and The Machine Lovesick i absolutnie fantastycznego, pełnego mocy Adored. Takiej piosenki potrzebowała ta płyta. Muzycznej petardy ociekającej energią oraz agresywnością. Niezwykle pewny siebie kawałek z duszą rock and rolla lat 60.

Taki debiut to marzenie. Dogviolet zaskakuje dojrzałością, dopracowaniem, bogactwem emocji i kawałem ekscytującego alternatywnego popu. Dobrze się stało, że Laurel zwlekała z wydaniem swojego pierwszego dzieła. Przemyślała bowiem wszystko od początku do końca. Z tej płyty wręcz kipi kreatywność oraz oryginalność. Wokalne umiejętności Brytyjki, bijąca od niej wrażliwość i zdolność do tworzenia pięknych gitarowych obrazów sprawiają, że słuchacz momentalnie odpływa do tego lepszego muzycznego świata. Obserwujcie tę 24-latkę, bo jej przyszłość wygląda imponująco.

oceny

autor recenzji

Piotr Krajewski
Piotr Krajewski
Dziennikarz muzyczny z Warszawy. All About Music & Radio ZET.Kontakt: [email protected] / [email protected]

Sprawdź nasze inne

Recenzje