
Londyńskiej grupie wystarczyło jedynie kilka utworów w 2014 roku, aby natychmiast zaskarbić sobie sympatię wielu słuchaczy. Debiutancki krążek spotkał się z pozytywnym odbiorem, a Oh Wonder mocno chwalono za interesujące, elektronicznie brzmienie. Do Warszawy przyjechali, żeby promować swoje kolejne dzieło Ultralife, które – pomimo że nie oferowało rewolucji muzycznej – było dobrym potwierdzeniem ich zdolności do mieszania ze sobą kilku gatunków muzycznych. Czy ten talent objawia się także na żywo?
Warto chodzić na koncerty. Nie tylko dlatego, aby zobaczyć ulubionego wykonawcę czy zespół. Często zdarza się też tak, że wychodzimy z klubu wzbogaceni o kolejne doświadczenia muzyczne i poznajemy nowych artystów, którzy grają jako support. Czasami rozgrzewka przed główną gwiazdą wychodzi im lepiej, a czasami nie mają po prostu zbyt wiele do zaoferowania.
Artystka wybrana przez muzyków Oh Wonder okazała się niezwykle interesującą postacią. Co ciekawe, pierwotnie wcale nie była zaplanowaną częścią tego wieczoru. Polską publiczność miał rozgrzewać Amerykanin Jaymes Young. Na drodze stanęły jednak problemy logistyczne, więc potrzebne było zastępstwo. Na scenie pojawiła się 23-latka z angielskiego Southampton.
To świetne uczucie, kiedy support tak miło Cię zaskakuję. Poznajcie Laurel. Blondynkę z gitarą elektryczną, której talentu bez wątpienia nie brakuje. Wystarczyły już pierwsze dźwięki, aby zainteresowała słuchacza. Hipnotyzująca aura, przeszywający wokal i kawał niezłego indie grania. Widzom na pewno się podobało, bo młoda Brytyjka zgarnęła sporo braw.
Prawdziwy ogień zaczął się jednak tuż po godz. 21:00. Na niewielkiej scenie Palladium pojawiły się główne gwiazdy wieczoru i niemal natychmiast wywołały poruszenie wśród publiczności. Szybko okazało się, że Oh Wonder nie brakuje niczego do stworzenia porządnego show. Ich elektroniczna mieszanka indie i popu jest ogromnie atrakcyjna w odbiorze na żywo. Dźwięki nie atakują słuchacza swoją wielką mocą. Ich muzyka, zawarta na dwóch dość zbliżonych do siebie dźwiękowo albumach, ma w sobie coś naprawdę przyjemnego, ale jednocześnie bardzo intymnego. Słuchacz zostaje zahipnotyzowany na kilkadziesiąt minut i przenosi się w świat elektronicznych melodii.

Zespół zgrabnie wymieszał swoją twórczość, wykorzystując przy tym niezłą grę świateł. Warszawscy fani mogli poszaleć przy rytmicznych refrenach Without You, Heavy, Drive czy Ultralife, jak również nieco wyciszyć się przy wolniejszych momentach. Kompozycje Midnight Moon, All We Do czy Body Gold sprawdziły się świetnie jako spokojniejsze przerywniki. Kapitalnym pomysłem było też zaproszenie na scenę brata członkini duetu w trakcie utworu Heart Strings, który dał popis gry na saksofonie. Na takie niespodzianki warto czekać.
Josephine oraz Anthony dali się poznać jako naprawdę szczęśliwi, spełniający się artyści. Uśmiechnięci, energiczni, pełni wdzięczności. Biła od nich niezwykła szczerość i pozytywna energia, która – co najważniejsze – szybko udzieliła się warszawiakom. Polska publiczność po raz kolejny udowodniła, że potrafi się świetnie bawić na koncertach i tym samym sprawiać przyjemność wykonawcy.
Oh Wonder jest urzekającym duetem, który bez wątpienia kocha to, co robi. Ich elektroniczne granie połączone często z poetyckimi tekstami potrafi na żywo zdziałać naprawdę wiele– może Cię rozbujać, wprawić w ruch, zrelaksować i wyciszyć. Tyle emocji w trakcie tylko jednego koncertu. Londyńska grupa to koncertowy pewniak warty zobaczenia.


