Lao Che, albumem Gusła, otworzyło sobie drogę do kariery. Powstanie Warszawskie było kolejnym krokiem na szczyt. Gospel to chyba najlepsza płyta zespołu. Prąd Stały/Prąd Zmienny też wyjątkowy. A Soundtrack?
Zacznijmy od tego, że najnowszego krążka Lao Che nie słucha się łatwo. Dopiero, mniej więcej, podczas szóstego słuchania, zaczynasz ją rozumieć, smakować i SŁYSZEĆ. Nie brakuje, rzecz jasna, crossoverości, jak to na Spiętego i spółkę przystało. Dokładny gatunek niełatwo określić, jeżeli w ogóle da się to zrobić. Tekstowo – tak, jak zawsze, czyli tak, jak lubię – enigmatycznie. Soundtrack jest porządną dawką emocji muzyków, podanych słuchaczowi na tacy. Miał być swoistą ścieżką dźwiękową dla przeżyć i wewnętrznych refleksji zespołu. Mnie jednak czegoś w nim brakuje.
Ciekawostką jest, że podczas nagrywania materiału na płytę, zespół odwiedziła ekipa filmowa, która faktycznie chciała stworzyć film do Soundtracku, ze scenariuszem, inspirowanym tekstami Spiętego. Szkoda, że nic z tego nie wyszło. Miejmy nadzieję, że kiedyś wyjdzie.
Najnowszy album Lao Che nie jest tak porywający, jak Gospel czy Powstanie Warszawskie, ani tak tajemniczy, jak Prąd Stały/Prąd Zmienny. Najnowszy album jest po prostu nudny. KołysanEGO jest niesamowicie monotonne, zresztą przypomina solową twórczość Spiętego.
Lao Che na kolejnej płycie wyzywa Boga na pojedynek. W Na końcu języka śpiewa, że „zbiera słowa jak kamień i ciska je wysoko, jak ma kaprys tymi słowy podbić Bogu oko”. Dym to mój drugi ulubiony kawałek z płyty (zaraz po Zombi!). Tu Spięty oświadcza: „Rzuciłem palenie i kościół też, do pierwszego czasem wracam, do drugiego nie”. Jutro, jedna z niewielu interesujących piosenek na płycie: „Jutro uwierzę, że na wzór swój mnie ulepił, jutro zaufam że przy robocie tej nie pił”. Kilka wersów później, Spięty informuje, że jest „anonimowym melancholikiem”. Później przychodzi czas na Zombi! – najbarwniejszy kawałek na płycie, pierwszy singiel. Utwór energiczny, wciągający, eklektyczny. Ma w sobie coś z folku, alternatywy, a nawet elektroniki. W Govindamie z powrotem wieje nudą. Potem Idzie wiatr, czyli najdłuższy kawałek z płyty (ponad 9 minut!). Wrażliwe i przenikliwe podsumowanie całego albumu. Równie nudne.
Może to zmęczenie materiału, może coś się kończy, a może coś zaczyna. Lao Che, moim zdaniem, nie popisało się swoim Soundtrackiem. No, ale na pocieszenie zawsze można sięgnąć po wcześniejsze dokonania grupy.



