Wydanie w listopadzie Gagowego ARTPOPu było chyba największym muzycznym wydarzeniem tej jesieni. Z obozu wokalistki napływało mnóstwo informacji, raz po raz wyciekały nowe utwory. Jednak najwięcej było zapowiedzi i obietnic. Na początku wytwórnia nazwała ARTPOP najlepszym albumem od czasów Thrillera. Później poszli jeszcze dalej: ARTPOP to album tysiąclecia. W końcu płyta miała swoją premierę. Czuję się zawiedziony i oszukany.
Oczywiście nie wierzyłem we wszystko, co Lady Gaga przed wydaniem krążka powiedziała. Jednak po usłyszeniu singli promujących materiał byłem dobrej myśli. A co otrzymałem? Album pełen brzmień tanecznych i elektronicznych. Można by go właściwie podsumować słowami z utworu Aura: Dance Sex Art Pop Tech. Wokalistka poszła jeszcze dalej niż na poprzednich wydawnictwach: zmieszała, zmiksowała, przetworzyła, skomputeryzowała (i co by nie tylko – byle uczynić album bardziej elektronicznym) co się dało. Wyszło dzieło na pewno odważne, nieco eksperymentalne. Pytanie tylko – czy w ogóle da się tego słuchać?
Jedno się u Gagi nie zmieniło – teksty. Nadal są o niczym. A to usłyszymy, że wokalistka żyje dla braw, a to zada nam pytanie: W co zamierzasz się ubrać?. W końcu zabierze nas na swoje Wenus, gdzie kładzie się pod facetami. Napomknie też co nieco o cygaństwie, swoich łóżkowych marzeniach i o tym, jak to ona woli narkotyki od biżuterii. Bzdury i pierdoły.
A skoro już jesteśmy przy minusach, wymieńmy piosenki z grupy słabych, nijakich i przyprawiających o ból głowy. Niestety – to dość liczna grupa. Coś zaczęło się psuć już przy miałkim, mało interesującym i przeciętnie zaśpiewanym Sexxx Dreams. Idąc dalej – Gypsy ma bit rodem z wiejskiej potańcówy, w dodatku brzmi jak tandetna imitacja The Edge of Glory, Marry the Night i Hair. Kompletnie nie mogę przetrawić także utworów od 9. do 12. (po mojemu: Świnia, Nutella, Moda, Holandia). Dubstepowe Swine kojarzy mi się z dźwiękami piły mechanicznej. Niemiłosiernie irytujące. Donatella i Fashion! (produkcji Guetty & will.i.ama – dwóch najbardziej przereklamowanych ludzi z branży) to infantylne kawałki z okropnymi wstawkami elektronicznymi. Mary Jane Holland jest do nich całkiem podobne. To kolejna klubowa rąbanka bez ładu i składu. Jednak najgorszy z najgorszych kawałków zwie się Jewels n’ Drugs. Cóż mogę o nim powiedzieć. Pseudo-gangsterki bit, kiepskie wokale wszystkich czterech artystów oraz sięgający dna tekst. Czyli aż 7 piosenek wywołuje u mnie mdłości i ból głowy. Jako że wszystkich jest 15, to dość spora liczba.
Obok jednak tych utworów znajdziemy tu kilka całkiem udanych produkcji. Należą do nich chociażby dwa single – przyjemne Applause oraz delikatniejsze, ale bardziej wciągające Do What U Want. Jeszcze bardziej podoba mi się Aura. To najbardziej rozbudowana kompozycja na ARTPOP. Jej wstęp dzieli się na dwie części: pierwszą z gitarą country (niepotrzebne) oraz drugą – nieco westernową z fantastycznym wokalem. To właśnie jest najlepszy fragment na krążku. Cały utwór w takim stylu – marzenie. W dalszej części Aura zmienia się w świetny, dubstepowy (ale ze spokojniejszym refrenem) kawałek. Czaruje także jedyna na płycie ballada – Dope. Nie zachwyca może tak jak You and I, ale to naprawdę udana kompozycja. Szczery (wreszcie dobry) tekst i wykonanie Gagi (te krzyki pod koniec!) składają się na sukces. Przyjemnie słucha się Venus, nieco zmarnowany wydaje mi się natomiast G.U.Y. Zaczyna się ciekawie, jednak w refrenie pojawia się bezsensowny, psujący, elektroniczny bit.
Osobne słowa postanowiłem poświęcić tytułowemu utworowi. Kojarzy mi się nieco z twórczością brytyjskiego duetu Disclosure. Podobnie jak ich twórczość jest elektroniczny, ale i futurystyczny. Wokal Lady Gagi został zepchnięty na dalszy plan. Liczy się sama melodia – delikatna, pulsująca i niesamowita. Szkoda jednak, że to ARTPOP jest jedynym takim utworem na płycie. Choć mniej rozbuchany od Donatella czy Swine, robi znacznie większe wrażenie.
Kilka dobrych produkcji i kilka okropnych. Do tego dobry wokal i okropne teksty. Tak w skrócie można podsumować album ARTPOP. Nie pomylilibyście się zbyt bardzo, nazywając go mieszanką sprzeczności. Raz dostajemy perfekcyjnie wyprodukowane i wyważone ARTPOP, za chwilę chaotyczne Mary Jane Holland. Obok ballady Dope zwyczajne, banalne Fashion!. A w tym wszystkim jeszcze synth-popowe Applause, które mimo bycia singlem, nijak się ma do reszty piosenek. Cytując w tym momencie samą artystkę:
My artpop could mean anything
I tak rzeczywiście jest. Dla mnie to sztuka dla sztuki, przerost formy nad treścią. Mimo tego ARTPOP podoba mi się nieco bardziej od The Fame. A także nieporównywalnie mniej od The Fame Monster czy Born This Way. Nie tędy droga, Stefani.

