„Kombi. Słodkiego Miłego Życia. Prawdziwa historia.” (2016) – Sławomir Łosowski, Wojciech Korzeniewski. Recenzja Beaty Prętnickiej

0
325

Przyznaję, bardzo rzadko czytam książki. Według mnie są dość nudne, być może przewidywalne, a już na pewno nie fascynujące (a przynajmniej rzadko która). Nie mniej jednak nadal uważam je za bardzo cenne źródło informacji. I właśnie dlatego właśnie TA książka, a właściwie wywiad-rzeka – by o wiele łatwiej można było odpowiedzieć sobie na pytania typu: Jaka WTEDY była rzeczywistość (o ironio! „dobra zmiana” zmierza dzisiaj do tego stanu rzeczy!)? Jakim człowiekiem jest Sławomir Łosowski? Jak w czasach młodości zachowywał się duet Skawiński & Tkaczyk? No i najważniejsze: Dlaczego Kombi przestało istnieć w swoim najtrwalszym składzie?

To najbardziej cenne pytanie zostawiłam na koniec nieprzypadkowo, bo wciąż szukałam odpowiedzi na nie. W dobie internetu, gdzie podobno wszystko można znaleźć, akurat tej rzeczy nie mogłam.

O Kombi mało kto dzisiaj pamięta. Dziś, gdy na scenie muzycznej funkcjonują dwa twory o tej samej nazwie – w tym to pisane przez dwa „i” – nie dziwmy się, że tak jest. Grupa z krótszą nazwą ma na swoim koncie takie przeboje jak Nie Ma Zysku, Nasze Randez-Vous czy tytułowe Słodkiego Miłego Życia, lecz są one wykonywane też przez panów grających w tym z dwoma „i”. Zespół powstały w 2003 roku składał się bowiem z trzech byłych członków grupy założonej przez Łosowskiego.

Kombi.Słodkiego Miłego Życia. Prawdziwa Historia to autobiografia założyciela grupy, który zwierza się swojemu długoletniemu menadżerowi Wojtkowi Korzeniewskiemu. Sławomir Łosowski robi to z niezwykłą dokładnością, bowiem rozdziałami książki są daty oraz przypisane do nich wydarzenia. W ten oto sposób dowiadujemy się, co porabiał gdy był młody, kto nakłonił Sławka do zainteresowania się muzyką do tego stopnia, by uczynić z tego sposób na zarobek. Pamiętajmy przecież: to czasy PRL, gdzie trzeba było się nieźle nagimnastykować, by cokolwiek osiągnąć.

Można śmiało powiedzieć, że Kombi to dzieło życia Łosowskiego. Projekt ten powstawał na bazie doświadczenia, zdobywanego podczas pracy w jazzowo-rockowym zespole Akcenty. Gdyby nie to, z pewnością pan Sławomir nie zafascynował się instrumentami klawiszowymi do tego stopnia, że zaczął przy nich majstrować. Efektami tych „napraw” były coraz to bardziej innowacyjne, jak na te czasy, dźwięki. Właśnie ta pasja do odkrywania nowej muzyki była kamieniem węgielnym do stworzenia nowego projektu.

Dziś artyści są jak kameleon – starają się wszelkimi sposobami dopasować do obecnych trendów, lecz robią to tak, by nie wyjść z szeroko określonych ram, to znaczy: by ta zmiana nie była zbyt drastyczna, o 180 stopni. Mają bowiem ciężko wyrobioną markę oraz prestiż, który nawet przez drobne niepowodzenie można bardzo łatwo stracić. W tamtych czasach pod tym względem było podobnie, z tym, że artyści mieli wówczas misję: mieli TWORZYĆ muzykę z inteligentnymi na swój sposób tekstami, a nie ODTWARZAĆ to, co już było kiedyś. Łosowski zdawał sobie sprawę z tego i zaryzykował, zakładając właśnie Kombi. Nieznany zespół, z nieznaną muzyką, czystą kartą no i właśnie z tym wizjonerem, który sprawił, że Grzegorz Skawiński i Waldemar Tkaczyk zaczęli ze sobą grać.

Te zabawy z syntezatorami przyciągały coraz większą rzeszę fanów. Niestety, jak dobrze wiemy popularny Skawa z Tkaczykiem opuścili zespół ze względu na to, że chcieli podążać swoją własną drogą artystyczną, lecz niedługo potem zawieszono działalność zespołu. Kiedyś sądziłam, że chodziło właśnie o to wydarzenie w latach 90-tych, które miało miejsce podczas ostatnich koncertów jako Kombi. Nic bardziej mylnego – zadecydowały sprawy prywatne, a właściwie pogarszający się stan zdrowia jego żony, która zmarła w ubiegłym roku. Wspomniany konflikt narodził się dopiero, gdy swoją działalność rozpoczęło Kombii.

To właśnie rok 2003 sprawił, że pan Sławomir, mimo wielkich zawirowań w życiu prywatnym musiał myśleć też o dalszy ciąg swojej kariery. Już rok później reaktywował swój własny zespół, z którym działa do dziś. Książka, która powstała z okazji 40-lecia Kombi przynosi nam odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Lektura na pewno obowiązkowa dla tych, którzy chcieliby poznać kulisy działalności jednego z najbardziej rozpoznawalnego zespołu, działającego przecież w ciężkich dla Polski czasach.

To właśnie ten fragment książki wprawił mnie w osłupienie:

Dowiedziałem się, że rozwiązują O.N.A. (…) Zapytałem Grzegorza, co teraz zamierza. Odpowiedział, że jeszcze nie wie co będzie robił, że to za wcześnie na poważne decyzje. Uwierzyłem mu i nie wracałem do tematu. Pomyślałem, że reaktywacja KOMBI ich nie interesuje i będą robić co innego. (…) Po paru dniach Jacek zadzwonił do mnie i powiedział, że „oni robią bez ciebie reaktywację zespołu”. „Jak beze mnie reaktywację mojego zespołu?! Jakim prawem?!” (…) W ogóle zdziwiłem się, że Grzegorz, który wprost rzygał muzyką KOMBI i chciał zawsze grać gitarowego rocka, chce wracać do tego, czego nie cierpiał. (…)

Nie wiedziałem wtedy, że oni zrobią sprytny numer z dodazniem literki „i” do nazwy. (…) [taki ruch] Stawiał mnie w trudnej sytuacji, bo utrudniał mi korzystanie z własnej nazwy KOMBI. (…) Robili więc swój własny produkt Kombi-podobny. (…) Pamiętam (…) jedno cyniczne zdanie Grzegorza: „Nazwa Kombii jest nam potrzebna tylko jako wehikuł, którym wjedziemy na rynek” (…) Media wmawiały widzom, że Kombii to ciąg dalszy KOMBI. – Sławomir Łosowski o Kombii