Jaka jest pierwsza płyta, którą kupiliście za własne pieniądze? Dla mnie to było 1989 Taylor Swift. Ten album – teraz po prostu dobry – wtedy wydawał mi się niesamowity, w aranżacji muzycznej i tekście. Byłam kompletnie zachwycona, że ktoś napisał coś tak bezczelnego jak Blank Space i wpisującego się w kliszę dziewczęcej naiwności jak How you get the girl i umieścił to na jednej płycie. No i New Romantics; soundtrack do moich marzeń o studiach i Warszawie. W tych piosenkach nie ma momentu, w którym ktoś powiedziałby tego nie możesz napisać, to przesada. W ogóle w utworach Taylor Swift to się nie zdarza. Ona śpiewała że jest nocnym koszmarem ubranym jak marzenie, a ja googlowałam tekst, żeby sprawdzić czy na pewno dobrze usłyszałam. Potem zaczęłam w muzyce szukać czegoś innego. Ciągle kocham Taylor, bo takich miłości się nie traci, ale i moved on – poszłam dalej w muzycznych poszukiwaniach i zachwytach. Nigdy jednak nie zamierzam zapomnieć tego, że to dzięki niej poczułam się tak, jak czuję się czternastolatka, która w radiu słyszy piosenkę, otwiera tekst na portalu Tekstowo i czyta że tak, ona rzeczywiście śpiewa; mogę zmienić złych chłopców w dobrych na weekend.
Potem Natalia Przybysz, co dobrze pokazuje dynamikę sinsoidy opisującej co kocham w muzyce. Kilka razy mignęło mi w tle Nazywam się niebo – ale o dziwo, podobnie co w przypadku Taylor, nie wierzyłam że taka piosenka istnieje, byłam pewna że refren to tylko początek zwrotki, która zaraz stanie się hałaśliwa i przeciążona elektronicznym aranżem ala wczesne dwutysięczne. Tak się jednak nie dzieje. Naprawdę odkryłam to dopiero po koncercie w Opolu, na którym Natalia zaśpiewała SOS i ja bardzo chciałam wiedzieć, kim jest ta dziewczyna. Dowiedziałam się. Nazywam się niebo ustawiło mi całą klasę maturalną, chodziłam do szkoły słuchając jak w najlżejszy możliwy sposób ta świadoma siebie młoda kobieta śpiewa że ale się okazało, że jednak nie, tak bardzo brakowało mi mnie. A to nawet nie była moja ulubiona piosenka Przybysz – tą po kilku latach okazał się Ogień; soundtrack towarzyszący mi zawsze gdy piszę o polityce, albo czuję że w jakikolwiek inny sposób czuję że muszę gdzieś pójść, coś zrobić – coś ważnego.
Jestem prostą dziewczyną. Po Natalii Przybysz i Taylor Swift przyszedł po prostu czas na Lanę del Rey. Raczej późno, bo bardzo długo w mojej pretensjonalności przekonana byłam, że Lana jest zbyt pretensjonalna. Do świadomości, że Lana jest ZBYT wszystko i to jest w niej cudowne, musiałam dojrzeć. Nastąpiło to wraz z jedną z najlepszych płyt w jej dyskografii Norman f*****g Rockewell. Były wakacje, chodziłam wzdłuż morza i słuchałam hope is a dangerous thing for a woman like me to have – but i have it. Kompletnie niepretensjonalnie. Wzięło się to też stąd, że Lana przyjechała na Opener, a nad spotkaniem jej na żywo nie można przejść obojętnie. Z drugiej strony dobrze się stało, bo moje ukochane nagrania tej twórczyni miały dopiero nadejść; mimo wszystko najbardziej kocham Blue banisters i ostatnie Did you know that there is a tunnel under Ocean Blvd? Burzliwa Lana naprawdę zachwyciła mnie dopiero kiedy zaczęła tworzyć te niesamowicie melodyjne kompozycje o buncie w złotych popołudniach. Tyle że robiła to już na Ultraviolence i Lust for live, ja się po prostu późno zorientowałam. Tutaj najwspanialsze nagranie z jej koncertu jakie widziałam
Wiecie, że w 2021 roku album Maggie Roggers kosztował w empiku 97 złotych? Bo ja nie wiem dlaczego, ale wiem, że to był jedyny powód dla którego nie kupiłam Heard it in a past live. Byłam kompletnie zakochana w tej płycie. Brzmiała świerszczami i letnim wieczorem. Poza tym miała doskonale dobrany tytuł. Utwory z niej naprawdę stwarzają wrażenie, że już się je gdzieś słyszało, że są starsze niż w rzeczywistości – ale nie robią tego w jakkolwiek miałki i powtarzalny sposób. Te utwory nie pretendują do wielkości, spełniają za to definicję piosenki; trwają od trzech do pięciu minut, snują małe opowieści, prosto z małego życia, w odpowiadający im muzycznie sposób. I można je puszczać nad stawem – bardzo rzadka zaleta miejskiej muzyki. Teraz ona robi inne rzeczy i ja słucham innych – ale podarowanie 21 latce takiego zespołu piosenek, to prezent, którego się nie zapomina.
A teraz to nawet nie wiem. Nie wiem, kto jest kobietą mojego życia. Może okaże się nią Olivia Rodrigo, gdy wyda trzecią płytę? Może Patti Smith, albo Kate Bush, ostatnio słucham ich coraz więcej i coraz bardziej topię się w ich aksamitnych krzykach. Uwielbiam mnóstwo męskiej muzyki, może nawet mam jej więcej niż kobiet mojego życia, ale to one prowadzą mnie od punktu A do punktu B. Nie przestaję ich lubić, ale jeżeli czuję że już nie zachwycają mnie do szaleństwa to znaczy, że coś się zmieniło i trzeba – no właśnie – zmienić płytę. A jakie są wasze?

