Kings of Leon – Mechanical Bull (2013), recenzja Anny Polcyn

Rodzinka znowu nagrywa, czyli trzej bracia i kuzyn, a jeszcze inaczej Kings of Leon wydali właśnie szósty, studyjny album Mechanical Bull. Kilka lat temu nikt nie wiedziałby, o kim mówimy, po wzniesieniu na szczyty poprzez piosenkę śpiewaną swego czasu przez wszystkich –  Use Somebody, to zespół, który po prostu każdy zna, a większość uwielbia.

Minęło niemal dziesięć lat od debiutanckiego krążka Youth and Young Manhood. Teraz też ma powiać nieco młodzieńczością i świeżością, obiecali nam dużo energii, a co tak naprawdę znajduję się na tym krążku?

N rozpoczęcie dostajemy singiel Supersoaker. Energia jest, zapewnia nam to nie tylko szybkie tempo. Ta piosenka ma w sobie coś ze starego rocka, a tamburyno dodaje ciekawego klimatu. Jak na razie zaczyna się obiecująco.

Rock City – zaczyna się chwytającymi mnie za serce riffami, niby nic szczególnego, ale jednak ładne. Do oryginalnych ta piosenka nie należy, szczególnie, jeżeli chodzi o tekst i jego tematykę, ale czy to jest aż tak istotne? Nie, bo piosenka kołysze, a KoL robi to, co umie najlepiej. Don’t Matter – wyprowadza nas z poprzedniego klimatu. Ostre gitary, że tak je nazwę, wszystko rytmicznie i w szybkim tempie, można wyczuć tu nawet nieco country. Do mnie przemówił przede wszystkim głos, który jest jeszcze bardziej basowy niż zwykle. Poza tym krzykiem na początku piosenki, wypada całkiem nieźle. Beautiful War – i mam wrażenie, że chłopacy zaserwowali nam przeplatankę wolno szybko. Teraz znowu chcą nas ukołysać. Lejący się głos wprowadza w klimat, a gitara jeszcze bardziej sprowadza cię do melancholijnego świata. Będąc na ich koncercie chciałabym usłyszeć tę piosenkę i zobaczyć zapalniczki w górze, choć w dzisiejszej dobie pewnie będą to smart fony, ale nadal liczę na przeniesienie w magiczną przestrzeń. Ten kawałek ma moc.

Temple – rytm typowo Indie rockowy. The dancefloor’s a temptress, can’t make out what you’re saying – cóż być może, ale na pewno nie, jeżeli chodzi o ten kawałek. Nic szczególnego, jedyne, co zapamiętała po przesłuchaniu to przedłużenie wokalne Caleb’a o uooh w refrenie. Wait For Me – obiecali dużo, jeżeli chodzi o nową płytę i zaczynam mieć wrażenie, iż trochę mnie oszukali. Nie jest to coś, na co czekałam. Kolejny raz po zastrzyku energii, w przypadku tej ostatniej piosenki, nie koniecznie w dobrym wykonaniu, zostaje zaserwowany mi kołysacz – usypiacz. Czasami metoda przeplatanek jest dobra, ale nie w wypadku tego albumu.  Family Tree – można powiedzieć klasyczne Kings of Leon. Jest oldschoolowo jest trochę Pixies w tym, co słyszę, jeżeli się mylę to mnie poprawcie. Jeden z lepszych kawałków na płycie.

Comeback Story – ciekawy tekst – I’d walk a mile in your shoes, now I’m a mile away and I’ve got your shoes. Muzycznie ciągnie się bez większych zaskoczeń melodyjnych. Jednak ma w sobie na tyle tego czegoś, może to rytm lat 80-tych?, że nie mogę powiedzieć, iż jest zła czy nudna. Tonight – śpiewane z lekkim krzykiem w głosie. Jest to chyba pierwsza piosenka, jaką usłyszałam z Mechanical Bull. Nie powala na kolana, ale jak to mówią pierwsza piosenka, którą usłyszysz podoba ci się najbardziej – teraz jak tak sobie myślę, może jest coś w tym powiedzeniu. Coming Back Again – po energicznej piosence mamy ponownie energiczną – zaskoczenie, zburzyli przeplatankę. Rose wine and skinny cigarrettes, trochę hedonistycznie. Poza tym, że lubię różowe wino, na tym się kończy wszystko, co podoba mi się w tym kawałku. Jakoś nic szczególnego. On the Chin – pokusiłabym się na słowo, że jest to utwór nieco nostalgiczny. Płyniemy przez nuty i słowa w krainę lekkiego lamentu, ale jednocześnie przenosi nas do krainy dobrej muzyki. Na tym kończy się album w podstawowej wersji, Deluxe posiada jeszcze dwa kawałki: Work on Me – nie koniecznie zachwyca oraz Last Mile Home, który już bardziej zachęca do kupna poszerzonej wersji.

Znajdziemy tu coś, co pasuje do radia, znajdziemy tu perełki muzyczne, to prawdopodobnie zadowoli po części każde oczekiwania, co do nowego albumu, ale podsumowując płyta nie jest tym, czym mogłaby być. Nie sięgnęła szczytu, ale i bardzo daleko było jej do dna. Po prostu, kiedy po przesłuchaniu nowiutkiej, niedawno wyjętej z pieca płyty myślisz sobie czy ja już tego nie słyszałem? Nie rokuje to zbyt dobrze. Z drugiej zaś strony Mechanical Bull, to coś, czego warto posłuchać.

kings of leon

 

Czytaj również