Justin Timberlake – The 20/20 Experience 2 of 2 (2013), recenzja Łukasza Mantiuk

Gdy jakiś czas temu Justin Timberlake ogłosił, że wyda drugą część albumu The 20/20 Experience byłem w siódmym niebie. Pierwsza część to dla mnie wciąż najlepszy album roku 2013, a jesień przepełniona premierami Gagi czy Katy Perry w końcu nabrała kolorów. 2 of 2 był albumem, na który najbardziej czekałem. No i się doczekałem.

Na sam początek – drobne przypomnienie. Wielbę pierwszą część. Jest to album trudny, który nie od razu pokochałem. Dałem mu kilka szans, aż w końcu mnie pochłonął. Od A do Z uwielbiam każdy utwór, może nie równomiernie, jednak jest to istne arcydzieło. Przemyślane, złożone, wymagające i ponadczasowe. Presja położona na drugą część tego albumu – ale i każdego kolejnego albumu Justina – jest ogromna. Czy zatem młody muzyk podołał temu? Czy nagrał dzieło lepsze, gorsze?

To pytanie jest trudne, ponieważ The 20/20 Experience 2 of 2 to album zupełnie inny niż jego poprzedni. Nie jest jego kontynuacją, nie jest kontynuacją żadnego z wcześniejszych albumów Timberlake’a. Nie za bardzo rozumiem również, co tym krążkiem Justin chciał nam przekazać. Że nagrał dużo piosenek? Że się dobrze bawi? Że jest w pełni swojego twórczego okresu? Prawdopodobnie wszystkiego po trochu.

The 20/20 Experience 2 of 2 to album nie tak przemyślany jak część pierwsza, nie tak złożony, nie tak wymagający, a już na pewno nie tak ponadczasowy. Jest to zbiór piosenek, które Justinowi gdzieś tam się zostały. Nie jestem nawet pewien, czy są to utwory nagrywane podczas sesji do The 20/20 Experience. Są kawałki, które idealnie wpasowałyby się na album Justified (Drink You Away, Gimme What I Don’t Want Know (I Want)), są utwory, które pasują do Future Sex/Love Sounds (True Blood) i w końcu takie, które rzeczywiście przypominają trochę erę 20/20 (TKO, Murder, Amnesia). Czy to jest zarzut? Moim jedynym zarzutem, który wysuwam ku temu albumowi to właśnie brak tego przemyślenia, zbieranina przeróżnych utworów, brak koncepcji. Jest jednak ale.

Ale – te utwory są znakomite. To nie tak, że Justinowi pozostały jakieś tam piosenki, które lekko pozmieniał, przearanżował, z demówek zrobił wersje ostateczne i powrzucał w jeden album. To są znakomite utwory, godne bycia na wydawnictwach o których wcześniej mówiłem. Problemem jest fakt, że ja bym ten album nazwał raczej B-Sides and Rarities – tak jak to robią niektórzy artyści wydając właśnie taką zbieraninę kompozycji.

Smells so funky… guitar!

Skupię się jednak na samych utworach – prawie same arcydzieła! Moim zdecydowanym faworytem, a jednocześnie jednym z najlepszych utworów roku 2013 – jest True Blood. Tak jak na części pierwszej najlepszym utworem było Mirrors, tak tutaj rządzi True Blood. Znakomita, dynamiczna piosenka przypominająca mi klimatem SexyBack (które wielbię). Skacząc z klimatu w klimat – Drink You Away – cudowny, emocjonalny kawałek z doskonałym wokalem Justina. Pierwszy singiel – Take Back the Night na samym początku mnie nie zachwycił, po jakimś czasie jednak uwielbiam ten utwór. Jest chilloutowy, zabawny i przebojowy. W dodatku tak bardzo retro, że zasługuje to na pochwałę. TKO, wybrane na singiel numer dwa, to utwór dobry, jednak ja bym na singiel nie wybrał. Podoba mi się w nim głównie refren, który bardzo wpada w ucho. Zwrotki jednak są zbyt przekombinowane i nieprzemyślane. Nie wróżę mu sukcesu – prędzej niech Justin wyda True Blood, bo ten kawałek ma potencjał SexyBack i hitu numer jeden na Billboardzie.

Końcówka albumu również zachwyca – wykrzyczane i eksperymentalne Only When I Walk Away oraz Not a Bad Thing, które zawiera w sobie ukryty kawałek – Pair of Wings.

https://www.youtube.com/watch?v=cGPQVkEJ3Xo

And if I had a pair of wings I’d pick you and fly you far away form here

Pair of Wings zasługuje na osobny akapit. Ten utwór jest przerażająco piękny, znakomity i taki… inny. Jest zaśpiewany przez Justina z taką cudowną lekkością, a jednocześnie uczuciem i emocjami. To trochę taki odpowiednik Blue Ocean Floor z części pierwszej, chociaż jest znacznie lżejszy, swobodniejszy i łagodniejszy.

Na krążku znalazły się dwie kolaboracje – pierwsza, Cabaret, to utwór dobry, jednak zupełnie niepotrzebujący Drake’a, który pod koniec coś tam sobie rapuje. To trochę tak jak Suit & Tie (wybaczcie, ale porównania do wcześniejszej twórczości Justina nasuwają się same), w którym był Jay Z, ale mogłoby go nie być. Wspomniany Jay Z to druga kolaboracja Justina – utwór Murder. I tu, w przeciwieństwie do Drake’a w Cabaret i samego Jaya w Suit & Tie – zwrotka męża Beyoncé pasuje tutaj idealnie. Szkoda, że JT nie pokusił się o duet z kimś bardziej oczywistym niż jego znajomi ze studia. Już nawet poproszenie o jakiś drobny wkład samej Beyoncé, która znajdowała się w studiu obok urozmaiciłby to wydawnictwo.

The Complete Experience

Przechodząc do sedna sprawy – podobało mi się? Tak, bardzo. To znakomity album z doskonałymi utworami. Czy jest to słabsze/lepsze pierwszej części? To trudne pytanie. To dwa różne wydawnictwa. Druga część jest tym, czego oczekiwali fani po pierwszej części – swobodnym albumem, pójściem w mainstream, nagraniem wielu hitów. I dobrze. Tym samym artysta ma na swoim koncie cztery, znakomity albumy. Każdy pełen hitów, każdy ma jakąś cząstkę historii w sobie. Oczywiście – Future Sex/Love Sounds  jest najbardziej hitowy, The 20/20 Experience najbardziej eksperymentalny. Ale każdy w nich ma coś w sobie. Te dwa tu wymienione lubię najbardziej, chociaż 2 of 2 i Justified są zaraz za nimi.

The 20/20 Experience 2 of 2, to album, który w moim odtwarzaczu siedzi od czasu, gdy pojawił się w Internecie (darmowy streaming na iTunes, żadne tam piracenie!) i wiem, że długo z niego nie zniknie. Justin Timberlake w wieku 32 lat ma na koncie cztery albumy i dyskografię doskonałą. Oby tak dalej. I obyśmy na kolejne wydawnictwa nie musieli czekać 7 lat.

Part 2
Part 2

Czytaj również