Sting – The Last Ship (2013), recenzja Joanny Niewiadomskiej

Dziesięć lat. Tyle czasu fani Stinga czekali, aby móc usłyszeć jego nowe piosenki. I choć tęsknili, wykazywali się cierpliwością. Aż wreszcie, angielski muzyk załapał się na ostatni statek i wypłynął 24 września. Czy jego łajba zatonie jak Titanic, czy może jednak okaże się on prawdziwym wilkiem morskim? Póki co zaprasza nas do falowania w rytm jego najnowszej płyty: The Last Ship.

Ufam, że Brytyjczyka samotnie stąpającego po bruku ulic New York City nie trzeba nikomu przedstawiać. Karierę rozpoczął w 1977 roku zakładając zespół The Police znany m.in. z takiego hitu jak Roxanne. Po rozpadzie grupy, stał się Stingiem i dołączył do grona najpopularniejszych muzyków światowych. Do najbardziej znanych utworów jego solowej działalności należą m.in. Englishman in New York, Fields of Gold, Shape of My Heart, Russians i Fragile.

Płyta, nad którą pracował trzy lata, a na którą fani musieli czekać dekadę, to piosenki, które znalazły się również w musicalu o tym samym tytule co płyta, który stworzył. I tutaj nie lada gratka, sztuka ma mieć premierę na Brodway jeszcze w tym roku. Inspiracją do napisania scenariusza było jego dzieciństwo. Sting wychowywał się w Swan Hunters w Wallsend, a tłem jego do tego czasu był rozwijający się przemysł stoczniowy. Musical obrazuje silne relacje między ojcami a synami, ale także między robotnikami a ich zawodem. Praca wielu pokoleń stoczniowców, jawi się tutaj jako uniwersalna prawda dziedziczenia przeszłości rodziców. Młodzi chłopcy przejmowali obowiązki po swoich ojcach. Reguła ta została jednak zachwiana. Autor pokazuje ewolucje tego procederu na przestrzeni lat. Rozpad stoczni jest metaforą rozpadu więzi rodzinnych, z którymi wiąże się poszanowanie starszeństwa i tradycji. Sugeruje, że na podobnej zasadzie działają małe lokalne społeczności.

Ale odejdźmy już od musicalu, który zapewne już niedługo zrobi furorę na Brodway i wróćmy do samej płyty. Wykończeniem The Last Ship zajmował się Rob Mathes. Sting zaprosił także do współpracy: Erica Claptona, Eltona Johna, Lou’a Reeda, Carly’a Simona. Słychać? Też mi pytanie. Ale co jeszcze słychać na krążku i co mnie wbija w ziemię, to dojrzały głos sześćdziesięciolatka! Ale odkrycie co… pff. No to posłuchajcie i przekonajcie się. To już nie tylko ten charakterystyczny angielski akcent, to tembr starszego mężczyzny. Taki głos, co to wie już niezwykle dużo o świecie. Taki mądry i wiekowy. I niech mi ktoś tutaj powie, że przesadzam. Wariactwo, ale niemal słyszę siwe włosy. I jest to dla mnie spore przeżycie. No kurcze- 10 lat Sting pielęgnował wokal, aby wlać go w uszy spragnionych fanów w odpowiednim momencie. I jeżeli, ktoś przypuszczał, że ta płyta będzie taka sama jak poprzednia, może niestety się trochę zawieźć. To zupełnie coś innego. A to z kolei świadczy o rozwoju muzyka. Nie możemy oczekiwać, że artysta pozostanie niezmienny Tworzy już trzydziestu sześciu lat i niepokojącym byłoby gdyby pozostawał cały czas taki sam. Na szczęście, póki co Stingowi nie grozi wypalenie z powodu piłowania wciąż wytartych kawałków.

Na albumie znalazło się jedenaście piosenek. Wykonania nie powstydziłby się niejeden marynarz, rybak, czy nawet sam bohater książki „Stary człowiek i morze”. Oczami duszy mojej widzę Stinga samotnego, na środku jakiegoś akwenu wodnego, z fajką w ustach, śpiewającego utwory z płyty The Last Ship. Wracając do kwestii dumy i wstydu, to aranżacji przede wszystkim, co wydaje mi się najbardziej adekwatne- nie powstydziłby się ich żaden stoczniowiec. Reasumując czuć tu statki kolosy. Czuć również trud pracy włożony w to by powstały. Czuć krew, pot i łzy! Proszę Państwa ja doczekać się musicalu nie mogę. A póki co, ja już wybrałam swoje perełki, przez których słuchanie nieuchronnie zostanę eksmitowana. Są to: What Have We Got, The Last Ship. Roznosi mnie od środka jak tego słucham. Na przystawkę mały przekrój:

Fanów Brytyjczyka zapewne nie muszę nawet zachęcać, ale nie chcę ryzykować: słuchawki w dłoń, fajka w usta i odpłyńcie ze Stingiem. Mnie, co prawda przechodzą dreszcze, ale mogę tej płyty słuchać jeszcze i jeszcze. Ahoj!

sting the last ship

Czytaj również