Jamie Woon – Making Time (2015), recenzja Michała Kaźmierczaka

Muszę przyznać, że debiutancki album Jamiego Woon’aMirrorwriting – porwał mnie totalnie. Może nie, że aż nogi same rwą się do tańca, bo z zasady nie tańczę, ale nóżka chodzi automatycznie – no nie sposób jej opanować. Tymczasem mijają cztery lata i na półkach sklepowych pojawia się Making Time drugi krążek brytyjskiego wokalisty. Rytmiczny ruch nogi zastępuję delikatnym kołysaniem całego ciała.

Myślę, że chyba nie można było wymarzyć sobie lepszej płyty na długie, jesienno-zimowe wieczory. Subtelny, wręcz intymny klimat, który stworzył Jamie Woon idealnie wpasowuje się w krajobraz z kocem i kubkiem gorącej herbaty w dłoni. Oczywiście takie momenty pojawiły się już na Mirrorwriting, ale w przypadku Making Time wokalista poszedł o krok dalej – nagrał krążek, na którym taneczne rytmy zostały zdominowane przez delikatne ballady i utwory z nieco mniejszym temperamentem. I mnie taki układ się jak najbardziej podoba.

Pierwsze co mnie uderzyło, to już sam początek – perkusja i bas, a ten bas w szczególności. Z racji tego, że jestem wielkim fanem tegoż instrumentu, pomyślałem, że jak tak się zaczyna, to chyba kupuję to w ciemno. Nie zawiodłem się słysząc kolejny utwór i jego linię basową. W Movement jest ona bardziej rozbudowana, a i sam utwór ma w sobie więcej energii, co może wywoływać skojarzenie z pierwszą płytą. Tak więc utwory Message i Movement upłynęły pod znakiem gitary basowej, ale również pod znakiem wokalu Woona, którego zdecydowanie brakowało przez te cztery lata nieobecności na rynku wydawniczym – do tej pory nie znalazłem nikogo, kto mógłby mu dorównać lub choćby zbliżyć się do poziomu i stylu jaki reprezentuje.

Na Making Time pojawia się jeszcze kilka utworów z większym potencjałem tanecznym (Thunder czy Sharpness), ale nie sposób nie skupić się na tych, które z tańcem mają niewiele wspólnego. Pierwszym jest Lament – minimalistyczna perkusja, bas, klawisze i wokal. Zaraz po nim wybrzmiewa Forgiven – gitara akustyczna i miotełki nie mogą się nie sprawdzić, a jeśli jeszcze dodamy do tego subtelny wokal Jamiego Woona, to musi wyjść świetna piosenka. Przy kolejnym utworze – Little Wonder – nie rozstajemy się z klimatem poprzedniego, z tym że tutaj dochodzi świetna linia melodyczna i gitarowe solo, które w pełni usprawiedliwiają ewentualne odloty gdzieś daleko, daleko.

Na deser zostawiłem dwie piosenki, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Pierwsza to Celebration, w której Jamiego Woona wspiera Willy Mason, a to stwarza pewien problem – naprawdę sam nie wiem, który z nich wypadł lepiej, bo oboje są rewelacyjni. Dodatkowo ich wokale wspiera najlepsza na płycie linia melodyczna i pełne instrumentarium, a w tym instrumenty dęte, które niewątpliwie idealnie wypełniają całość. Natomiast drugim utworem, z dwójki najlepszych, jest Skin. Choć moje pierwsze skojarzenie po wysłuchaniu go brzmiało: Przecież to brzmi jak I See Fire Sheerana!, to nie da się odmówić tej piosence uroku, a Woonowi zręczności w budowaniu klimatu opartego na absolutnym minimalizmie.

Dużo się mówiło o tym długim milczeniu ze strony Jamiego Woona, przywołując chociażby przykład Jamesa Blake’a (wokaliści byli często porównywani do siebie), który wydał drugi krążek w dwa lata po debiucie. Dużo się mówiło i chyba trochę niepotrzebnie. Bo przecież tak naprawdę, nie jest istotne kiedy i gdzie, ale liczy się przede wszystkim jak. Właśnie to jak Jamie Woon opanował do perfekcji i osobiście jestem skłonny czekać kolejne cztery lata, jeśli tylko po tym czasie będę mógł włożyć do odtwarzacza taką perełkę jaką jest Making Time.

Czytaj również