Muszę przyznać, że debiutancki album Jamiego Woon’a – Mirrorwriting – porwał mnie totalnie. Może nie, że aż nogi same rwą się do tańca, bo z zasady nie tańczę, ale nóżka chodzi automatycznie – no nie sposób jej opanować. Tymczasem mijają cztery lata i na półkach sklepowych pojawia się Making Time – drugi krążek brytyjskiego wokalisty. Rytmiczny ruch nogi zastępuję delikatnym kołysaniem całego ciała.
Myślę, że chyba nie można było wymarzyć sobie lepszej płyty na długie, jesienno-zimowe wieczory. Subtelny, wręcz intymny klimat, który stworzył Jamie Woon idealnie wpasowuje się w krajobraz z kocem i kubkiem gorącej herbaty w dłoni. Oczywiście takie momenty pojawiły się już na Mirrorwriting, ale w przypadku Making Time wokalista poszedł o krok dalej – nagrał krążek, na którym taneczne rytmy zostały zdominowane przez delikatne ballady i utwory z nieco mniejszym temperamentem. I mnie taki układ się jak najbardziej podoba.
Pierwsze co mnie uderzyło, to już sam początek – perkusja i bas, a ten bas w szczególności. Z racji tego, że jestem wielkim fanem tegoż instrumentu, pomyślałem, że jak tak się zaczyna, to chyba kupuję to w ciemno. Nie zawiodłem się słysząc kolejny utwór i jego linię basową. W Movement jest ona bardziej rozbudowana, a i sam utwór ma w sobie więcej energii, co może wywoływać skojarzenie z pierwszą płytą. Tak więc utwory Message i Movement upłynęły pod znakiem gitary basowej, ale również pod znakiem wokalu Woona, którego zdecydowanie brakowało przez te cztery lata nieobecności na rynku wydawniczym – do tej pory nie znalazłem nikogo, kto mógłby mu dorównać lub choćby zbliżyć się do poziomu i stylu jaki reprezentuje.
Na Making Time pojawia się jeszcze kilka utworów z większym potencjałem tanecznym (Thunder czy Sharpness), ale nie sposób nie skupić się na tych, które z tańcem mają niewiele wspólnego. Pierwszym jest Lament – minimalistyczna perkusja, bas, klawisze i wokal. Zaraz po nim wybrzmiewa Forgiven – gitara akustyczna i miotełki nie mogą się nie sprawdzić, a jeśli jeszcze dodamy do tego subtelny wokal Jamiego Woona, to musi wyjść świetna piosenka. Przy kolejnym utworze – Little Wonder – nie rozstajemy się z klimatem poprzedniego, z tym że tutaj dochodzi świetna linia melodyczna i gitarowe solo, które w pełni usprawiedliwiają ewentualne odloty gdzieś daleko, daleko.
Na deser zostawiłem dwie piosenki, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Pierwsza to Celebration, w której Jamiego Woona wspiera Willy Mason, a to stwarza pewien problem – naprawdę sam nie wiem, który z nich wypadł lepiej, bo oboje są rewelacyjni. Dodatkowo ich wokale wspiera najlepsza na płycie linia melodyczna i pełne instrumentarium, a w tym instrumenty dęte, które niewątpliwie idealnie wypełniają całość. Natomiast drugim utworem, z dwójki najlepszych, jest Skin. Choć moje pierwsze skojarzenie po wysłuchaniu go brzmiało: Przecież to brzmi jak I See Fire Sheerana!, to nie da się odmówić tej piosence uroku, a Woonowi zręczności w budowaniu klimatu opartego na absolutnym minimalizmie.
Dużo się mówiło o tym długim milczeniu ze strony Jamiego Woona, przywołując chociażby przykład Jamesa Blake’a (wokaliści byli często porównywani do siebie), który wydał drugi krążek w dwa lata po debiucie. Dużo się mówiło i chyba trochę niepotrzebnie. Bo przecież tak naprawdę, nie jest istotne kiedy i gdzie, ale liczy się przede wszystkim jak. Właśnie to jak Jamie Woon opanował do perfekcji i osobiście jestem skłonny czekać kolejne cztery lata, jeśli tylko po tym czasie będę mógł włożyć do odtwarzacza taką perełkę jaką jest Making Time.

