Trzy lata temu James Blunt wydał swoją ostatnią płytę. Po jakimś czasie ogłosił zakończenie kariery, by w końcu w 2013 roku wydać czwartą swoją płytę. Znany z na całym świecie z hitów takich jak You’re Beautiful czy Goodbye Me Lover powraca z albumem, który po raz kolejny ma szansę podbić listy przebojów oraz wiele serc fanów. Ten rok owocuje w bardzo dużo i co ważniejsze bardzo dobrych albumów. Elton John, Sting, Paul McCartey, to tylko niektóre z nich. Z dniem dzisiejszym do tej listy dołącza również James Blunt.
Czego zatem możemy spodziewać się po najnowszym albumie? Czy Blunt, który zapowiadał koniec kariery postanowił odpocząć i powraca z czymś nowym i świeżym? Właśnie takie pytania zadawałam sobie przed premierą. Dzisiaj wiem, że z powrotem poznajemy urzekającego artystę w pięknie skrojonych melodiach.
Nie sposób tutaj pominąć debiut artysty, na którym znalazły się takie przeboje jak You’re Beatiful czy Goodbey My Lover. Już wtedy Blunt wyraźnie zarysował swoją muzyczną ścieżkę, którą będzie podążał. Pamiętacie mniej znane, jednak należące do mich ulubionych Cry oraz No Bravery? Przepiękne kompozycje. Muzykę Blunta trzeba odkrywać. Powoli bez pośpiechu. To nie są płyty przy których będziemy szaleć. To albumy spokojne, melancholijne, szczere i bardzo urzekające. Zapraszam więc w czarujący świat artysty, w którym opowiada nam kolejne historię otulone ładnymi melodiami.
Czwarty studyjny krążek, jednego z głównych reprezentantów romantyka muzyki popularnej Jamesa Blunta Moon Landing jest materiałem, jak czytamy w informacji prasowej:
na którym artysta powrócił do klimatów ze swoich początków, z czasów, kiedy nagrywał jedną z najpiękniejszych ballad w historii, You’re Beautiful.
Brzmienie płycie nadał Tom Rothrock (Beck, Moby, Foo Fighters), który już wcześniej pracował z wokalistą przy jego debiutanckim krążku Back To Bedlam, z którego pochodzi dobrze wszystkim znana ballada You’re Beautiful, i przy współpracy z Martinem Terefe (KT Tunstall, Martha Wainwright, Jason Mraz), Steve’em Makiem, a także Steve’em Robsonem.
To bardzo osobista płyta i jednocześnie mój powrót do korzeni – opisuje album James.
Staraliśmy się wrócić z Tomem do czasów, w których zaczynałem i określić, gdzie jesteśmy dziś
O tym, że Blunt powraca do korzeni, że tworzy kolejne piękne ballady, wiedzieliśmy już po zaprezentowaniu pierwszego singla, który promował Moon Landing – Bonfire Heart. Kompozycję tę artysta napisał razem z Ryanem Tedderem, który współpracował z takimi gwiazdami jak: Adele, Beyonce czy Maroon 5, i który odpowiada również za jej brzmienie. Jest to utwór, który ma szansę stać się kolejnym hitem artysty głównie przez urzekającą melodię, bardzo refleksyjny tekst tekst oraz wpadający w ucho refren, który sam prosi się żeby go nucić razem z Jamesem.
Do pierwszego singla nakręcono również teledysk, którego reżyserem jest Vaughn Arnell. Uwiecznił on na kamerze Jamesa podróżującego harleyem przez stany Wyoming i Idaho.
Krążek ten niewątpliwie brzmieniowo przypomina debiutancki album. Nie ma na nim zbyt wiele żywiołowości i pewnej wyrazistości, jednak jak wiadomo muzyka grana przez Blunta rządzi się swoimi prawami, jest w pewnym sensie specyficzna a sam Blunt szczelnie w niej zamknięty. Pierwsze skrzypce gra tutaj wokal Jamesa, który świetnie współgra z oszczędnymi melodiami. Zatrzymując się na wokalu nie trudno zauważyć unikatową barwę artysty, którą w zależności od kompozycji podkreślana jest melodią i którą możemy uwielbiać albo która może nas drażnić. Na krążku dostajemy 11 kompozycji w wersji podstawowej oraz 3 dodatkowe w wersji deluxe.
James Blunt, który potrafi czarować głosem, tym razem miejscami śpiewa jeszcze delikatniej, ciszej i spokojniej niż poprzednio. Więc, jeżeli oczekiwaliście silnego, twardego, seksownego męskiego głosu, to nie tutaj. Krążek jest, podobnie jak debiut, w przeważającej części melancholijny, liryczny i nostalgiczny. Idealnie skomponuje się z jesiennymi wieczorami i lampką czerwonego wina. Jest to album spokojny, harmonijny i wymaga czasu od słuchacza, aby dojrzeć jego urok. Na ostatnim krążku Some Kind of Trouble Blunt pokazał swoje żywiołowe i energetyczne oblicze i jak sam przyznawał skończył z męczącym i przynudzającym sobą. Tym razem powraca do swojego pierwotnego wizerunku i jak dla mnie bardzo dobrze. Oczywiście Some Kind of Trouble jest dobrą płytą, a piosenki takie jak Stay the Night, I’ll Be Your Man czy So far Gone również zrobiły furorę to zdecydowanie bardziej przemawia do mnie Blunt – romantyk.
Album otwiera utwór Face the Sun, w którym wokal Blunta podkreślają dźwięki pianina. Artysta porusza temat miłości, trudnych wyborów.
And God knows that it’s hard to find the one.
But in time all the flowers.
Yes, in time all the flowers turn to face the sun.
Następnie mamy dobrze znane dwa single, które są bardzo melodyjne Bonfire Heart oraz Sattellites. Po nich dostajemy bardziej rytmiczne Heart to Heart. Miss America to z kolei kompozycja napisana w hołdzie Whitney Houston. Akustyczna ballada to pewien rodzaj podziwu i szacunku jakie żywi wokalista do Houston, ale równocześnie jest to sposób wyrażenia zrozumienia dla życia artysty, który bardzo często jest samotny pomimo tego, że w jego otoczeniu jest dużo ludzi.
Someday we’ll find you’ll live forever
No goodbyes you’ll always be Miss America
Sun on Sunday to kolejna urzekająca ballada z przejmującym wokalem. Bardzo lubię utwór Bones, który od łagodnego początku pięknie się rozwija by rozbrzmieć w refrenie. Melodia wpada w ucho. Ostatnie dwie piosenki w wersji podstawowej to Always Hate Me oraz Postcard, w której tym razem prym wiedzie gitara. Podstawową wersję albumu zamyka piosenka Blue on Blue, która najbardziej mną zawładnęła. To typowa dla Blunta kompozycja.
W wersji deluxe dostaliśmy dodatkowo 3 piosenki, które stanowią przedłużenie muzycznej podróży z Bluntem po jego świecie. I tak Hollywood to lekka ballada, Telephone swoim początkiem nieco przypomina mi Stay the Night i zdecydowanie należy do żywszych kompozycji, jednak nadal jest to ballada. Bardzo przyjemna dla ucha. Całość wieńczy spokojna kompozycja Kiss This Love Goodbye. Jedyne co drażni mnie w wersji deluxe to okładka, która jest przekombinowana. Poza tym temat miłości zwłaszcza tej nieszczęśliwej jest bardzo oklepany i ośpiewany, jednak najwidoczniej w tym Blunt czuje się najlepiej.
Blunt nie zaskakuje na albumie, nie eksperymentuje. Trzyma się swojej ścieżki obranej na debiucie i tworzy kompozycje chwytające za serce i urzekające. Muzyka Blunta otula nas, tworzy pewien specyficzny, bardzo hermetyczny klimat, w którym czas, wydawać by się mogło, płynie wolno. Wokal Blunta jest charyzmatyczny, i bardzo wyrazisty. Artysta to takie połączenie muzycznego uroku Michaela Buble z lekką podniosłością podobną do Josha Grobana, to wreszcie artysta, który swoją muzyką tworzy własną niepowtarzalną historię. Blunt to na koniec uwodziciel wielu damskich serc i patrząc pewnie nie tylko przez pryzmat muzyki jaką tworzy ;)
Pierwsza płyta z ponadczasowymi przebojami niewątpliwie postawiła Jamesa Blunta w nieco kłopotliwej sytuacji, ponieważ nie sposób jej pobić zarówno pod względem artystycznym, ani komercyjnym. Niemniej jednak Blunt nagrywa równe albumy, które każdy słuchacz doceni, i w których pokazuje, że jest w stanie ciągle tworzyć dobre krążki.
James Blunt to jeden z najpopularniejszych artystów w XXI wieku. Jego wspaniała muzyczna kariera obejmuje ponad 20 mln sprzedanych singli i 17 mln płyt, dwie BRIT Awards, dwie nagrody Ivor Novello i pięć nominacji do Grammy. Krążek Moon Landing z pewnością dopisze kolejny piękny rozdział do wspaniałej kariery Blunta i przyczyni się do kolejnych sukcesów.


