Z pozoru poza brytyjskim pochodzeniem i faktem wykonywania muzyki pop duet Hurts i Jessie Ware mają ze sobą niewiele wspólnego. Łączą ich jednak dwie ważne (przynajmniej z punktu widzenia tego artykułu) rzeczy: megapopularność w Polsce i występ w Warszawie w tym samym tygodniu. Zresztą w tym samym klubie – Palladium.
Hurts, 20 marca
Najwierniejsi fani manchesterczyków czekali na nich na ulicy Złotej w środę 20 marca już od godziny 12. Nie byłem wśród nich, ponieważ podobnie jak dwa lata wcześniej wybrałem się na spotkanie z Hurts w Empiku Junior. Chłopaki nie wydawali się już tak zaskoczeni czekającymi na nich tłumami, jak w 2011. Dziwili się za to, że czeka na nich tyle dziewczyn o imieniu…Ewelina (Evelyn). W kolejce na koncert przede mną stały dwie :)
Dla Hurts to była czwarta koncertowa wizyta w Polsce, a już 7 listopada zespół znowu u nas wystąpi (konkretnie na warszawskim Torwarze). Nie można się temu dziwić – tegoroczny album Exile pokrył się w naszym kraju złotem w 3 dni (!), za co Theo Hutchcraft dziękował ze sceny, jak to kilkakrotnie określił – „beautiful people of Poland„. Mimo, że twarz wokalisty szpecił pokaźnych rozmiarów siniec (efekt upadku w trakcie kręcenia teledysku do najnowszego singla Blind), ulubieniec wielu kobiet włożył w występ wiele energii – biegał po scenie, po każdym numerze rzucał w widownię białe róże, tradycyjnie też połamał statyw mikrofonu. Z wąsikami i nażelowanym kosmykiem włosów na czole przypominał nieco popularnego w latach 90. Petera Andre ;) Klawiszowiec Adam Anderson jak zazwyczaj pozostawał w cieniu (podczas sesji w Empiku wydawał się być w nie najlepszym humorze). Więcej uwagi skupił na sobie w czasie bisu akompaniując koledze na gitarze akustycznej w moim zdaniem najlepszym utworze z ostatniego krążka (Somebody to Die For).
Koncert rozpoczął się podobnie jak Exile – od utworu tytułowego (w jego trakcie twarz Theo skrywał kaptur kurtki) i Miracle. Ogółem jednak dominowały piosenki z Happiness. Poza Something in the Water i Devotion można było posłuchać całej wersji podstawowej. Towarzyszący duetowi zespół dokonał rzadkiej sztuki – dzięki zmienionym aranżacjom utwory zabrzmiały jednocześnie mocniej, bardziej rockowo (skojarzenia z Depeche Mode nasuwały się same, fanom HIM czy The Rasmus również mogłyby się podobać), a jednocześnie bardziej klubowo. W kilku utworach męski skład wspomogła skrzypaczka. Ciekawe, czego możemy się spodziewać po kolejnym występie chłopaków w Polsce. Osobiście chętnie usłyszałbym coś z repertuaru ich poprzedniej grupy – Daggers, gdyż wykonanie mojego ulubionego All I Want Christmas Is New Year’s Day jest chyba nierealne ;)
Warto poświęcić kilka słów występującej jako support grupie Uniqplan, która w kwietniu planuje wydanie debiutanckiej płyty Wilderness. Panowie świetnie sprawdzili się jako „rozgrzewka”. Jak mało komu w indie rocku udaje im się utrzymać właściwe proporcje między gitarowymi solówkami a opartymi na syntezatorach melodiami. Szczególnie przykuł moją uwagę pierwszy zagrany przez nich utwór, przypominający nieco swoją hipnotycznością Split z repertuaru lubianej przeze mnie rosyjskiej formacji Tesla Boy. Po reakcjach widowni można wywnioskować, że mają już sporo fanów, którym przysporzył im przede wszystkim chętnie grany przez Eskę Rock prawdziwy indie hymn This Makes Sense.
Jessie Ware, 23 marca
Przed Jessie Ware 23 marca wystąpiła inna obiecująca kapela polskiego rocka niezależnego – Sorry Boys z Legionowa. Zespół z eteryczną Izą Komoszyńską na wokalu przygotowuje się do wydania drugiej płyty, którą promuje singiel The Sun. Nie zabrakło także tytułowego utworu z debiutu – Hard Working Classes oraz Chance i Cancer Sign Love. Iza zapewniała ze sceny, że mimo różnic stylistycznych są wielkimi fanami Jessie. Biorąc pod uwagę, jak późno opuścili backstage, chyba rzeczywiście mieli sobie wiele do powiedzenia :) Być może skojarzyli się gwieździe z poznaną przez nią na festiwalu w Australii grupą MS MR.
Trudno mi pisać obiektywnie o show Jessie, ponieważ byłem na nim nie tylko jako meloman i redaktor All About Music, lecz również jako wiceszef fanklubu Jessie Ware Polska. Jeżeli mieliście okazję oglądać wideo z koncertu lub czytać inne recenzje, informuję, że to ja podałem wokalistce kwiaty, które później znalazły się na pulpicie koło mikrofonu. Po koncercie również nie obyło się bez autografów i wymiany serdeczności. Pozostając jednak przy sferze czysto muzycznej – na pewno był to lepszy występ, niż ten, który miałem (mimo wszystko) przyjemność recenzować dla Was w listopadzie. W Palladium akustyka dopisała o wiele bardziej niż w 1500m2, Jessie zaśpiewała też więcej utworów. Można było posłuchać wszystkich kawałków z podstawowej wersji platynowej już w Polsce płyty Devotion. Tu też nie obyło się bez połączonych z toastem podziękowań – po minie artystki wnioskuję, że nasza wódka okazała się dla niej zbyt mocna :) Za to mocno pochwaliła polską kuchnię, co warto podkreślić, ponieważ sama piosenkarka pisze o sobie na Twitterze „I eat and sing” (kolejność nieprzypadkowa? ;)
Poza tym wybrzmiało bonusowe What You Won’t Do for Love (cover Bobby’ego Caldwella), Diamonds Rihanny (wersja Ware miała premierę w programie BBC One Live Lounge) i Valentine – pierwszy utwór nagrany kiedykolwiek przez Brytyjkę, w którym wspomogła wokalistę o pseudonimie Sampha. W Warszawie jego partie wykonał niejaki Dornik Leigh. Jestem pewny, że o jego aksamitnym głosie jeszcze usłyszymy. Do tańca porwała premierowa kompozycja Imagine It Was Us, w której producent Julio Bashmore przywołał ducha muzyki dance lat 90. Znajdzie się ona na Gold Edition i amerykańskiej wersji Devotion, która ukaże się za około miesiąc.
Jessie powiedziała ze sceny, że „Polska to jej druga muzyczna ojczyzna” (porównywalną popularnością jak na razie cieszy się chyba jedynie w Belgii i być może w Chorwacji, jednak jestem pewny, że jeszcze w tym roku się to zmieni), dlatego nie należy się dziwić, że nad Wisłą krąży coraz więcej plotek na jej temat. Opowieści o kolejnym koncercie w kwietniu należy raczej włożyć między bajki (będzie wtedy w USA), chociaż wokalistka 22 marca w Krakowie w klubie Studio zapowiadała, że chce do nas szybko wrócić. Nie jest też prawdą, jak mylnie wydedukował na podstawie personaliów gitarzysty autor relacji dla jednego z poczytnych portali, że Ware na trasie akompaniuje skądinąd ceniona przez nią grupa Alt-J ;)
Korzystając z okazji chciałbym pozdrowić moich ubiegłotygodniowych towarzyszy: Rafała, któremu bardzo serdecznie dziękuję za udostępnienie zdjęcia z koncertu, Karolinę, Kingę, panią Elę i panią Anię (Empik), ponownie Rafała, dwie Eweliny i Darię (Hurts) oraz polski Team Devoted: Maćka, Olę, Sarę i Martynę (Jessie Ware). Niech dobra muzyka będzie z Wami!






