Cóż to był za wieczór! 15 października na długi czas zapadnie w pamięci wszystkim trójmiejskim wielbicielom zespołu Hunter, bowiem tego dnia, a konkretnie wieczoru, odbył się ich koncert na deskach gdańskiego klubu Parlament. Było głośno, było radośnie, ale przede wszystkim – było brutalnie, ostro i…
… piekielnie dobrze! Zacznę może od kwestii technicznej koncertu. Był to mój pierwszy gig w tym klubie i nie wiedziałem do końca czego się spodziewać. Jednak już pierwszy riff gitarowy upewnił mnie w przekonaniu, że akustyka stoi w Parlamencie na wysokim poziomie. Całe instrumentarium brzmiało naprawdę czysto, więc cały koncert słychać było z precyzją szwajcarskiego zegarka w każdym zakątku sali. Co do wokalistów, to także nie było większych problemów ze słyszalnością, poza paroma wyjątkami, które jednak zupełnie nie wpłynęły na odbiór występu. Mówię tutaj oczywiście na razie o rzeczach stricte technicznych.

Natomiast co do samego zespołu, to tutaj było chyba jeszcze lepiej. Hunter dał z siebie 100%, chociaż momentami miałem wrażenie, że kontakt z publicznością był bardzo ograniczony. Co nie zmienia faktu, że błędy muzyczne były nieliczne i niemalże niezauważalne. Z ciekawszych spraw, które odnotowałem, to bardzo podobały mi się kreacje Pita, które to zmieniały się w trakcie koncertu. Wymierzona „broń” w stronę publiczności w trakcie jednego z kawałków zasiała spustoszenie niczym węgierskie wojska na granicy.

Muzycznie był to bardzo zróżnicowany występ. Wiadomo – XXX-lecie istnienia. Jednak nie zabrakło wątków nam współczesnych, bowiem przy okazji numeru Przy Wódce z albumu T.E.L.I… (2005) wspomniane zostały zbliżające się wybory, w których wybierzemy… PRZYwódce (oczywiście przez „ę” na końcu) :) Nie zabrakło także klasyki gatunku, czyli sławetnego „napier*alać” po ostatniej piosence przed bisem, a także okrzyku „jeszcze siedem”. Jednak to była „oczywista oczywistość”.
W trakcie koncertu rozstrzygnięto także konkurs „I Ty możesz zaśpiewać z Hunterem”, w którym to zwyciężczyni zaśpiewała przy akompaniamencie zespołu jeden z największych hitów zespołu Metallica, czyli Enter Sandman. W wersji żeńskiej zabrzmiało to bardzo ciekawie, a Wy możecie ocenić to sami, gdyż udało mi się zarejestrować część tego występu (umieszczam go poniżej). Niestety mój telefon, zapewne od nadmiaru decybeli, odmówił mi w tym czasie posłuszeństwa, dlatego wybaczcie mi to, że nagranie zrealizowałem kartoflem. Reszty koncertu nie nagrywałem, dlatego też chętnych mocnych wrażeń gorąco zachęcam na pójście na show w wykonaniu Huntera do Waszego miasta.
I ja tam z gośćmi byłem, piwko zimne piłem,
A com widział i słyszał, w relacji umieściłem.


