Haim – Days Are Gone (2013), recenzja Marka Generowicza

Gdy nagrodę BBC Sound of 2008 dostawała Adele, nikt nie myślał, że na przestrzeni kilku lat stanie się iście wielkoformatową gwiazdą. W późniejszych edycjach laureatami zostawali Ellie Goulding (dziś rozchwytywana gwiazda pop), Jessie J (która właśnie nagrała swój drugi krążek) oraz tegoroczni zwycięzcy zespół HAIM. Czy młode brytyjski pójdą w ślady swoich poprzedników i staną się prawdziwym objawieniem na wyspach, a może i na całym świecie?

Póki co na swoim koncie już mają debiutancki krążek zatytułowany Days Are Gone. Co więcej, już wspiął się na sam szczyt brytyjskiej listy sprzedaży albumów, pokonując drugą edycję The 20/20 Experience Justina Timberlake’a oraz Mechanical Bull Kings Of Leon. Echa zachwytu nie cichną ani na Wyspach, jak i w Stanach Zjednoczonych. Magazyn Billboard zwraca na nie szczególną uwagę w kontekście kolejnych miesięcy. Zresztą nie tylko Amerykanie uważają, że są w stanie podbić rynek muzyczny. Tymczasem wbrew wcześniejszym prognozom daleko im do miana międzynarodowych gwiazd, a i te dopiero zaczynają świecić w ich rodzimym kraju.

To, co oferuje nam płyta to niejako pionierstwo – jako nieliczne łączą folk z elementami soulu i r&b, a przy tym są kobiece i delikatne. Days Are Gone okazuje się być najlepszym lekarstwem na zbolałą duszę, a także objawia świetną recepturę na zrelaksowanie odbiorcy. Choć niekiedy brakuje im pazura i charyzmy, to nadrabiają to ciepłem w głosie oraz profesjonalizmem. Este, Danielle oraz Alana są w branży nie od dzisiaj, choć dopiero teraz postanowiły poświęcić się muzyce w pełni. Gatunek jaki reprezentują nazywany jest po prostu indie pop, co nie do końca oddaje ducha ich twórczości. Najlepiej zobrazują to ich piosenki, z których na pierwszy plan zdecydowanie wybijają się nieszablonowe Don’t Save Me oraz doskonałe wokalnie The Wire. Wcześniej przy okazji wydania EPki świat zachwycał się przebojem Forever – dla mnie nie jest to wybitna kompozycja, w swoim repertuarze posiadają znacznie lepsze kawałki.

Debiut nie jest może tak wyrazisty, jak wspomnianej we wstępie Adele czy Jessie J, ale ma swoje walory artystyczne, których nie reprezentowały sobą krążki tych wokalistek. Przede wszystkim jest to dojrzałość i dopracowanie. Ich muzyka już osiągnęła oczekiwany poziom i ciężko będzie im się wzbić na wyższy poziom. Należy tu dodać, że produkcją poszczególnych piosenek zajęły się same artystki. Teksty także napisały we trzy. Tylko w kompozycji Days Are Gone wspomogła ich Jessie Ware, która, moim zdaniem, nawiąże muzyczną nić porozumienia z siostrami Haim. Wokalistki nie kryją swoich inspiracji twórczością Fleetwood Mac, którą słychać tu doskonale, zwłaszcza wpływy z kultowej już płyty Rumours. Może tematy poruszane na obu krążkach diametralnie od siebie odbiegają, tak stylistyka jest bardzo podobna, zwłaszcza słychać to w użyciu instrumentów (m.in. różnych wariacji gitary oraz w tle grzechotek, klawiszy itd.) oraz sposobie prowadzenia wokalu. Stieve Nicks oraz Lindsey Buckingham okazali się świetnymi pierwowzorami oraz pośrednio nauczycielami zespołu HAIM. Styczność tych obu bandów słychać przy okazji coveru Hold On, którego podjęły się siostry. Niestety zabrakło go na albumie, a szkoda.

Tymczasem na krążku znajdziemy zbliżone do siebie kompozycje, z tym samym tempem, emanującą radością oraz delikatnym, ciepłym wokalem. Można ponarzekać, że brakuje tu zadziorności, lekkiej zmiany klimatu, paru wokalnych wybić, lecz to, co znajdziemy na Days Are Gone powinno spełnić nasze oczekiwania. Ja jestem zadowolony, bo dostałem muzykę, której ciężko szukać w eterze kultury masowej. Może właśnie nastała nowa era  stylizacji na gatunek indie pop?

haim days are gone

Czytaj również