Greta Van Fleet to zespół wzbudzający wiele emocji w świecie muzyki. Wszystko to za sprawą oczywiście ich twórczości, która, już od pierwszego singla bandu, porównywana była do osiągnięć legendarnej grupy Led Zeppelin. Członkowie zespołu nie dali się jednak krytykom wydając w 2017 roku bardzo dobrze przyjętą EP-kę Black Smoke Rising (Grammy za Najlepszy Album Rockowy) oraz rok później debiutancki krążek zatytułowany Anthem of the Peaceful Army. Po trzech latach od debiutu, grupa powróciła z nowym wydawnictwem. Czy warto było czekać na wydany w piątek 16 kwietnia The Battle at Garden’s Gate?

Na album składa się w sumie dwanaście kompozycji, które zabierają nas w nieco ponad godzinną podróż po klasycznych, rockowych dźwiękach. Za jego brzmienie, poza zespołem, odpowiedzialny jest producent Greg Kurstin, znany ze współpracy chociażby z Adele, P!nk, Sią, Beckiem czy Foo Fighters. Jego udział na pewno znacząco wpłynął na to, co słyszymy na krążku. Ale po kolei.
Panowie pozostają w tym samym klimacie muzycznym, z którego ich znamy – wciąż odważnie i otwarcie czerpią ze skarbca rocka lat ’70, jednak można wyczuć tu pewną zmianę, mianowicie grupa otworzyła się na inne dźwięki z tego okresu, niż te charakterystyczne dla hard rocka. Słychać to już w pierwszej kompozycji z płyty. Heat Above otwiera i zamyka majestatyczna sekwencja klawiszy, dużo tu też gitary akustycznej. Warto zwrócić uwagę na tekst, który bezpośrednio nawiązuje do haseł współczesnych ruchów klimatycznych – fajnie słyszeć, że Panowie bacznie obserwują dzisiejszy świat i dają temu wyraz w swojej twórczości. Już ten fakt jasno sytuuje ich wśród przedstawicieli współczesnego rocka. Nie dziwi, że kawałek promuje album jako drugi singiel – moim zdaniem jest najlepszy z całego projektu.
My Way, Soon poznaliśmy najwcześniej, bo już w październiku ubiegłego roku, to także dobry wybór, jeśli chodzi o singiel. Numer jest bardzo pogodny i dynamiczny i idealnie nadaje się do grania w stacjach radiowych. W ucho rzuca się przede wszystkim świetna partia gitarowa w wykonaniu Jake’a Kiszki – no i ta solówka. Cały kawałek sprawia, że słuchacz przenosi się do słonecznej Californii lat ’70. Tekst odnosi się do osobistych przeżyć członków zespołu, opowiada o podróżowaniu podczas pierwszej, światowej trasy koncertowej i emocjach, które towarzyszyły Panom podczas tego wydarzenia. Josh Kiszka, który jest jego autorem, jawnie inspirował się hasłem carpe diem. Świetnie brzmi tu także jego głos – świeżo, zadziornie, rockowo. Podobny klimat ma fajny, prosty, rockowy Trip the Light Fantastic. Pobrzmiewający w tym numerze w tle wielogłos bardzo pasuje do melodyjnej całości i nadaje jej ciekawy, psychodeliczny klimat. Chciałabym usłyszeć ten numer na żywo, najlepiej na jakiś letnim festiwalu – idealnie się do tego nadaje.
Prawdziwie podniośle robi się przy utworze Broken Bells. To naprawdę pełna patosu kompozycja, utrzymana w klimacie folk-rockowej ballady ze świetną solówką zamykającą piosenkę. O tym, do czego odnosi się tekst, opowiedział w jednym z wywiadów Sam Kiszka, wskazując, że mowa tu o tym, co z ludzkimi indywidualnościami robią ograniczenia i oczekiwania narzucane nam codziennie przez społeczeństwo. Refren wprost snuje refleksje na temat tego, co mogłoby się stać, gdyby wszelkie nakazy i zakazy zniknęły. To pierwszy moment na płycie, gdy wraz z pierwszymi dźwiękami pojawiają się skojarzenia z twórczością grupy Led Zeppelin, jednak jest to zupełnie inna forma podniosłości niż ta, którą znamy z dokonań tego legendarnego zespołu. Greta Van Fleet chyba pogodziła się z tym, że nie ucieknie od tych ciągłych porównań i postanowiła po prostu robić swoje.
Stąd też być może, partia gitarowa otwierająca Built By Nations natychmiast odsyła słuchacza do numeru Black Dog Led Zeppelin. Choć Jake stara się jak najbardziej może odcinać od dokonań Jimmy’ego Page’a, to niestety (?), jego styl gry zbyt mocno przesiąknięty jest właśnie techniką tego legendarnego gitarzysty. Czy to źle? Dla jednych na pewno tak – stąd pojawiają się zarzuty o powielanie w twórczości Greta Van Fleet znanych już wzorców muzycznych, a przez to o brak oryginalności. Dla mnie jednak – osoby, która nie miała szansy obserwować narodzin i transformacji sceny hard rockowej lat ’70, a która dość mocno zanurzona jest w tamtych dźwiękach – jest coś pozytywnego w tym, że młody, współczesny zespół naprawdę rockowy, nie romansujący z popem czy rapem, przywołuje muzykę z tamtych lat, jednak robiąc z nią coś swojego, nawet jeśli te podobieństwa nadal są duże.
Wydany wraz z ukazaniem się informacji o premierze płyty, drugi singiel, czyli Age of Machine mnie osobiście dość… drażni. Śpiew Josha jest tu zbyt krzykliwi i średnio pasuje do świetnego tekstu, sprawia także, że muzyka gdzieś zanika i prawie jej nie słychać. Szkoda, bo kawałek ma naprawdę duży potencjał.
Tears of Rain zaczyna się dość rozczarowująco. Wszystko zmienia się jednak, gdy pojawiają się klawisze – utwór od razu przywodzi na myśl twórczość Eltona Johna i pozostaje w tym klimacie do samego końca. Słyszymy więc, że Panowie weszli w muzykę lat ’70 nieco głębiej i odnaleźli w niej wiele innych punktów, do których warto się odwołać – zespół wprost podaje gatunek soul jako główną inspirację dla tych dźwięków. Wyszło im to naprawdę dobrze. Klawisze robią całą robotę także w klimatycznym, ponownie eltonowym Light My Love, który ma potencjał na to, by stać się kolejnym singlem. Strasznie chciałabym zobaczyć także wersję tej piosenki z wspominanym już Eltonem Johnem – wydaje mi się, że mogłoby wyjść z tego coś naprawdę legendarnego. Light My Love to pierwsza piosenka, nagrana z Gregiem Kurstinem, to ona właśnie nadała bieg ogólnemu brzmieniu projektu i zadecydowała o dalszej współpracy z producentem.
Stardust Chords zaczyna się bardzo podniośle, by stracić ten klimat w dalszej części. Elementy składowe tego utworu jakoś zupełnie do siebie nie pasują, nie pomaga także pobrzmiewający w tle chór, który potęguje tylko chaos całości. Nudno robi się przy Caravel, który bardzo szybko wpada w ucho, ale jednak tak samo szybko z niego wypada. Dokładnie to samo dotyczy kawałka The Barbarians, który mógłby trwać naprawdę dobre dwie minuty krócej. Oba numery zostały dodane na album jako ostatnie, stąd też może wynikać dość znaczna różnica w klimacie i dynamice w stosunku do pozostałych utworów z płyty.


Zamykający płytę utwór The Weight of Dreams stanowi świetną klamrę z otwierającym Heat Above. Kompozycja w warstwie tekstowej odnosi się do ludzkiej skłonności do chciwości, a inspiracją była tu kalifornijska gorączka złota z połowy XIX wieku. Słuchając całego albumu na myśl bardzo często przychodziło mi słowo majestatyczny i właśnie całkowitym spełnieniem tego wrażenia jest The Weight of Dreams. Bardzo, bardzo dobra gitara Jake’a, ostra perkusja Danny’ego Wagnera i wpisujący się w klimat śpiewny krzyk Josha. To bardzo dobry motyw na zamknięcie płyty, który zostawia słuchacza z uczuciem dużego wrażenia i muzycznego nasycenia.
The Battle at Garden’s Gate jasno pokazuje, że Panowie ewoluują, otwierają się na coraz więcej brzmień i zdaje się, że są coraz bliżsi osiągnięcia swojego własnego. Zespół wciąż dokonuje tu licznych zapożyczeń z muzycznych klimatów lat ’70, jednak zapożyczenie to odbywa się tu z odpowiednim szacunkiem, co nie jest aktem negatywnym, zwłaszcza, że jest ono wykorzystywane do poruszania innych kwestii i tematów niż te z lat ’70, a przez to dociera do nowych fanów i ich doświadczenia współczesności, której tak mocno, zgodnie z zapowiedziami, dotykają teksty. Stąd pojawiają się w nich krytyka społecznych ograniczeń, ludzkiego dążenia do perfekcji, chciwości człowieka, ale także odniesienie do kryzysu klimatycznego, automatyzacji, czy sfery duchowej.
To krążek naprawdę świetnych gitarowych solówek, które mają szansę przejść do historii. Na szczęście w większości z nich słychać wkład własny i inwencję Jake’a. Album jest spójny, całościowo świetnie się go słucha, muzycznie i tekstowo znacznie przewyższa swojego poprzednika, który szybko wypadał z głowy i bardzo dłużył się podczas kolejnych przesłuchań. Zdaje się, że to bardzo udany przykład współczesnego albumu koncepcyjnego. Bardzo pomaga całemu brzmieniu fakt wykorzystania na nim klawiszy – świetnie, że Sam sięgnął po ten instrument, gdyż, jak już pisałam, numery w których pojawiają się jego dźwięki stanowią najmocniejsze punkty krążka (Broken Bells czy Light My Love). Słabych utworów jest tu naprawdę mało. Kompozycje, które znalazły się na The Battle at Garden’s Gate brzmią nareszcie jak Greta Van Fleat, nie jak dawne, dopiero co odkryte nagrania Led Zeppelin.
- Data premiery: 16 04 2021
- Single: My Way, Soon, Age of Machine, Heat Above
