Franz Ferdinand – Right Thoughts, Right Words, Right Action (2013), recenzja Anny Polcyn

Niedawno, 9 sierpnia, Szkotów można było usłyszeć w Krakowie na Coke Live Music Festival, teraz 26 sierpnia Franz Ferdinand wydał swój czwarty studyjny album – Right Thoughts, Right Words, Right Action.

Pierwszy album z 2003 roku okazał się sukcesem i najlepiej sprzedającym debiutanckim krążkiem ostatnich lat, druga – You Could Have It So Much Better (2005) i trzecia płyta – Tonight: Franz Ferdinand (2009) również nie wykazały wielkich tendencji spadkowych zespołu. Teraz przyszedł czas na czwartą, nagraną w dwóch studiach: Scottish Studio Alexa Kapranosa, czyli wokalisty formacji, a także Sausage Studios w Londonie. Kiedy usłyszałam o nowym albumie, wielkie pokłady nadziei obudziły się we mnie, a jak po przesłuchaniu?

Right Action – witamy na popowo. Od początku płyty wydaje mi się, iż będzie nieco lżejsza od ostatniej z 2009 roku. Weather Permitting. Parafrazując, dokładnie tak się czuję z tą piosenką, w zależności od nastroju raz mi się podoba, raz po prostu wciskam next. Evil Eye – pobujać się można, ale na kolana nie powala, chociaż muszę przyznać, iż wers What’s the colour of the next car? Wpada w ucho. Love Illumination, czyli ulubieniec radiowy. I faktycznie nie można piosence nic zarzucić, żywa, z brudnymi metalowymi riffami, z refrenem, który zostaje po skończeniu piosenki. Muzycznie jedna z najlepszych pozycji i dlatego też została singlem. Tekstowo – prawdziwa – We’re all looking for somebody to love. Stand On The Horizon, czyli jak przejść od żywego do ballady, tak mogłoby się wydawać, ale po początku ponownie żywe wejście. FF nie sili się na wydziwianie muzyczne, wszystko jest tu proste i skoczne. Taki trochę elektropop. Fresh Strawberries – moja ulubiona piosenka, i to nie tylko ze względy na truskawki, które uwielbiam. Może ktoś się obrazi za moje porównanie, ale ten kawałek jest dla mnie nieco Beatelsowy.

We are fresh strawberries/A fresh burst of red strawberries… We will soon be rotten/We will all be forgotten – cóż za pocieszająca myśl prawda?

Tekstowo, i w tej i w innych piosenkach trzeba przyznać, że wypadli bardzo dobrze, miło, iż ktoś jeszcze operuje przenośnią, może nie bardzo wysublimowaną, ale jednak.  Bullet – utwór w szybkim tempie, trochę jakby z lat osiemdziesiątych. Przyznaję potańczyłabym i poskakała do tego kawałka. Treason! Animals – ciekawy początek. Te dźwięki przypominają mi nieco jakiś utwór, szczególnie klawisze, ale powiedzmy sobie szczerze, to żadne skomplikowane nuty, więc nie dziwo, iż przypominają coś. Od początku albumu chodzi mi to po głowie i w końcu trzeba o tym wspomnieć – głos Alexa Kapranosa brzmi nadal tak młodo, jak na ich debiutanckiej płycie – jak on to robi?

The Universe Expanded – ponownie nieco elektronicznie. Jest to ósma z dziesięciu pozycji, a ja mam wrażenie, iż już to słyszałam. Byłabym nieobiektywna mówiąc, że wszystkie piosenki są takie same, bo nie są, ale są bardzo zbliżone do siebie i to nieco denerwuje. Niektórzy za tą niezmienność kochają Szkotów, ja osobiście lubię, ale jak na razie nowa płyta jest dobra, a dobra to przeciętna. Brief Encouters – mieszanka beztroski i złowieszczych przepowiedni, muzycznie, oprócz ‘brudnej’ gitary nic mnie nie złapało. Ciekawym zabiegiem było chwilowe wstrzymanie muzyki, by sam tekst mógł zabrzmieć. Goodbye Lovers & Friends – jakiż adekwatny tytuł do ostatniej piosenki Right Thoughts, Right Words, Right Action. So sad to leave you – chciałabym móc to powiedzieć, kończąc odsłuchiwanie płyty. Niestety, smutku nie czuje, skończyła się i tyle. Bez górnolotnych emocji, ale miło posłuchać nowych dokonać FF. Nie zrozumcie mnie źle, album jest dobry, ale jest o wiele więcej jeszcze lepszych.

Cała płyta została utrzymana w szybkim tempie, nie da zasnąć, ale czy na pobudkę jest dobra? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam wam.

franz ferdinand

Czytaj również