Frank Ocean – Endless (2016), recenzja Kacpra Rogalewskiego

2
356

Nikt nie lubi czekać. Muzyka stała się dla nas na tyle uzależniająca, że chcemy więcej i więcej. A kiedy nasz ulubiony artysta stworzy coś nowego nie potrafimy się tym zachwycać na dłużej. Od razu czekamy na kolejny krok. Wielu muzyków nie daje się ponieść oczekiwaniom fanów i po prostu tworzy we własnym tempie. Takim muzykiem z pewnością jest Frank Ocean. Człowiek, który w 2012 roku rozkochał każdego krytyka, dziennikarza i przede wszystkim słuchacza. A potem pozwoliła nam za sobą zatęsknić.

Sukces drugiego albumu Franka zatytułowanego Channel Orange sięgnął ogromnego poziomu. Posypały się złote gramofony i pozytywne recenzje, ale nie mogło to wiecznie trwać. Amerykański wokalista postanowił rozpocząć nagrania nowego materiału. Mijały dni, miesiące i lata, a muzyk konsekwentnie siedział w cieniu i dał sobie trochę czasu. Nikt nie wiedział, kiedy powróci i czym nas zaskoczy. Garść ludzi przestała nawet wierzyć w szybki powrót twórcy. 4 lata później powrócił do nas aż w dwóch odsłonach. Ale najpierw o tym pierwszym z nich, czyli o albumie wizualnym pt. Endless.

Album wizualny. Te dwa słowa zyskały ogromny prestiż. Po takich produkcjach, jak choćby Lemonade i The Odyssey nasze oczekiwania wzrosły niesamowicie. Niestety Endless to nie takie obrazy jakich się spodziewaliśmy. Przygotowany film nie ma rozmachu i ambitnego scenariusza do jakich podziwiania jesteśmy przyzwyczajeni. 45 minutowy klip to tak naprawdę zdjęcia zwyczajnej pracy w anonimowym warsztacie. Nic więcej się tam nie dzieje. Szkoda, że muzyk nie postarał się o coś bardziej wymagającego i zrobił po prostu minimalistyczny nudny teledysk. Co ważne to dźwięki, które z pracą w warsztacie zgrane są z powalającą dokładnością. I właśnie to uratowało wizualną część albumu.

Frank Ocean stworzył album, który jest spójna całością. Nie da się słuchać żadnej piosenki bez tej poprzedniej i następnej. Trudno więc wyodrębnić kompozycje lepsze, czy gorsze. Niewątpliwie wydawnictwo można podzielić na utwory pełnoprawne i intra.

Nie znajdziecie tu singli ani przebojów. Każda z tych kompozycji jest w jakiś sposób osobista i niesamowicie odizolowana od reszty muzycznego świata. Skupiając się zatem na tych najbardziej rozbudowanych kompozycjach warto na początku wspomnieć o wzruszającej balladzie (At Your Best) You Are Love. I choć nie jest to autorska kompozycja pana Oceana to pasuje ona do niego idealnie. Delikatna melodia po prostu świetnie współgra z potężnymi umiejętnościami wokalnymi muzyka. Poza tym Frank Ocean wielokrotnie wraca do swoich korzeni, a tak naprawdę robi to przez większość albumu. Klasyczne R&B słychać w takich produkcjach, jak U-N-I-T-Y, Slideways i Slide On Me. Wszystkie, choć nie wprowadzają nic nowego, po prostu uzależniają. Amerykanin pokazuje nam, że nie trzeba szokować, aby zdobyć serca fanów takiej muzyki. Na szczęście te klasyczne melodie wcale nie wykluczyły z wydawnictwa artystycznych wariacji. A tym razem wariacje mają dwa imiona, czyli Rushes i Higgs. Szokująco długie utwory mają w sobie wszystko to, co może być ciekawe i inspirujące w tym gatunku. Frank przeskakuje z jednego tonu na drugi. I po prostu tworzy to co czuje.

Najnowszy album amerykańskiego artysty udowadnia jego niesamowitą dojrzałość twórczą. Nie chodzi już tylko o warstwę wokalną, czy tekstową, ale też o wszystkie techniczne aspekty. Frank rozwinął swoje skrzydła, jako producent i kompozytor. To właśnie ukazuje we wcześniej przywołanych przeze mnie intrach. I chodź momentami jest ich za dużo to natrafiają się prawdziwe perełki. Dokładniej chodzi o minimalistyczny utwór Alabama i szaloną kompozycję Comme Des Garcons. Ten dwa małe dzieła pokazują, jak wiele różnorodności i pomysłów siedzi w tym młodym człowieku. Dwa odrębne światy brzmieniowe i jeden artysta.

Kompletnie inaczej oceniłbym ten album gdybym nie wiedział o Blonde. Być może uznałbym Endless za coś niepełnego i delikatnie biednego. Wszystko przez to, że ten album nie jest idealny. Pełno w nim przestojów i dłużyzn, a Frank użył go po prostu w celach czystego rozwoju. Cała ta recenzja mogłaby wyglądać całkowicie odwrotnie. Ale po 24 godzinach okazało się, że to tylko preludium. Niech więc ta recenzja będzie też preludium do tej kolejnej.

2 KOMENTARZE

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.