24 godziny. Dokładnie tyle potrzebował Frank Ocean, żeby najpierw nas rozczarować, potem zdezorientować i ostatecznie zachwycić. Endless okazało się być jedynie ciszą przed burzą. Nikt jednak nie spodziewał się, że ta burza nadejdzie tak szybko. A tym bardziej, że będzie aż tak zniewalająca.
Endless przeszło bez echa, chociaż nie do końca. Bez takiego echa, jakiego moglibyśmy się spodziewać. Wszystko zmieniło się jednak w zaledwie 24 godziny. Muzyk postanowił bowiem samodzielnie wydać jeszcze jeden album. Tym razem pozbawiony strony wizualnej, ale znacznie bogatszy w porażające dźwięki. Albumem Blonde nie pozostawił żadnych złudzeń. Wszyscy już wiedzieli, że powrócił do nas genialny Frank Ocean sprzed kilku lat.
Minimalizm i spokój. Takimi słowami można opisać dzieło Blonde. Niewątpliwie jest to najbardziej stonowane wydawnictwo w dyskografii Franka. Tym razem muzyk całkowicie postawił na delikatne brzmienie oraz wyeksponowany wokal. Cała linia melodyczna została ograniczona do minimum, a dokładniej w prawie każdej kompozycji dominuje łagodne pianino. Przez sielankę momentami przebijają się wielce eksperymentalne i dziwaczne elementy elektroniczne. W tym wszystkim czuć silnego ducha nie tylko R&B, ale również soulu.
Kalifornijczyk był wyjątkowo gościnny podczas tworzenia albumu Blonde. Zaprosił on bowiem ogromną część wielkich artystów muzyki r&b i nie tylko. Szereg producentów, współpracowników i kompozytorów naprawdę robi wrażenie. A wśród nich m.in. Beyonce, Andre 3000, Kendrick Lamar, Pharrell Williams, SebastiAn, Yung Lean, czy Tyler, the Creator. Ich wkład niewątpliwie nadał muzyce Franka iście profesjonalnych kształtów. I choć nie wpływa to na wiarygodność muzyki, to z pewnością pomaga ją wyzwolić. W końcu prawdziwy muzyk nie powinien tylko tworzyć dźwięków, ale również się nimi inspirować.
W tekstach Franka Ocean nie znajdziecie poetyckich słów. Artysta, tak jak przy poprzednich albumach, opowiada nam historię prostymi zdaniami. Niektórych może to zniechęci, ale nie da się ukryć, że amerykański muzyk dzieli się przemyśleniami, które dotyczą każdego z nas. To po prostu nie są skomplikowane, czy odizolowane epizody. W albumie Blonde usłyszymy dużo kompozycji o miłości, takiej nieograniczającej i pełnej młodzieńczego ducha. Mnóstwo w tej muzyce jest też opowieści o przyjaźni wynikającej z czystej ludzkiej sympatii. I choć to zdecydowanie dominująca tematyka to nie jedyna. Wyjątkowo Frank podjął się użycia słów, jako pewnego rodzaju manifestów, a dokładniej tematu problemu z narkotykami i rosnącą nienawiścią. Wyraźnie słychać to w pozycji numer cztery, czyli Be Yourself. Co wyjątkowe w tych wszystkich słowach to autentyczność. Frank Ocean lwią część swoich utworów opiera o własne doświadczenia. Przez to buduje niesamowicie intymny klimat zyskując wielkie zaufanie.
Album Blonde przepełniony jest utworami ocierającymi się o genialny poziom. Co więcej jest ich na tyle dużo, że warto poświęcić temu cały akapit. Przed wszystkim należy wspomnieć o kompozycji Ivy. Choć to tylko ogromnie prosta historia o miłości i marzeniach, to nie da się przejść obok niej obojętnie. Melancholijna gitara cudownie komponuje się z głosem muzyka. Gdybym miał wyznaczyć utwór, który kiedyś będzie mianowany na klasyka twórczości Franka to z pewnością byłoby to właśnie Ivy. Tuż za tym utworem swoje miejsce znalazła kolejna perła. Mowa oczywiście o Pink + White. Ponownie słyszymy dość minimalistyczny bit, choć znacznie bardziej dynamiczny. W tej kompozycji muzyk przypomina nam swoją wcześniejszą twórczość. No i ta cudowna Beyonce w tle.
I thought that I was dreaming when you said you love me
It started from nothing
I had no chance to prepare
I couldn’t see you coming
Ostatni rozdział albumu otwiera krótka kompozycja zatytułowana Close to You. Zniekształcony głos i surowe brzmienie świetnie równoważą się z melancholią poprzednich utworów. Całość zamykają przepiękne utwory, delikatnie popadające w morze alternatywy. Słychać to choćby w Seigfried. Wychodzą wówczas na jaw prawdziwe inspiracje muzyka. Czuć w tych dźwiękach wpływy Jamesa Blake’a, czy Tame Impala. To właśnie ten typ brzmienia pozostaje już z nami do końca dzieła. A wszystko zostaje zwieńczone długim outrem zatytułowanym Futura Free.
W dzisiejszej muzyce niesamowicie brakuje autentyczności. Artyści coraz częściej decydują się tworzyć dźwięki nie dla siebie, ale tylko i wyłącznie dla fanów. Przez co nie nagrywają już muzyki, która powstaje z tego co czują. Frank Ocean pokazał całemu światu, że wcale nie musi tak być. Stworzył coś kameralnego, osobistego i co najważniejsze – swojego. I właśnie to jest największym plusem tej muzyki.


Według mnie to 2. najlepszy album, który został wydany w tym roku. ;)
Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.