Feist – Pleasure (2017), recenzja Doroty Kutnik

0
241

Solową karierę Leslie Feist rozpoczęła już w 1999 roku. Nie ma wątpliwości co do tego, że jest to artystka, która nie musi nikomu nic udowadniać. Ta wrażliwa wokalistka w tworzenie muzyki wkłada przede wszystkim szczere emocje. A tych na najnowszej płycie można znaleźć całe spektrum. Nie jest to album wesoły ani tym bardziej komercyjny. Ale jest to nie lada gratka dla ludzi, którzy w muzyce szukają czegoś więcej. Przed Wami album, którego słuchanie to dla mnie w ostatnich dniach Pleasure.

 W tym roku mija 18 lat od wydania pierwszego albumu studyjnego przez Feist. Po Monarch ukazały się jeszcze takie płyty jak Let it Die, The Reminder i Metals. Echa brzmienia z ostatniego albumu nadal są bliskie artystce, dlatego na najnowszym albumie będzie można znaleźć podobieństwa do poprzedniego krążka. Przez te kilkanaście lat wokalistka zdobyła wiele nagród, szczególnie kanadyjskich statuetek Juno Awards. Oprócz tego była nominowana zarówno do nagrody BRIT, jak i Grammy. Dekadę temu popularność przyniósł artystce utwór 1234 obwieszczony przez magazyn Time jako jedna z najlepszych piosenek 2007 roku. Od tamtego czasu kunszt artystki wspiął się kilka poziomów wyżej, co doskonale pokazuje najnowsza płyta Feist, która dla mnie osobiście jest muzycznym dziełem.

Album otwiera pierwszy singiel z płyty, tytułowy utwór będący mieszanką wybuchową. Pleasure idealnie balansuje na granicy punkowego, grunge’owego klimatu i delikatniejszych brzmień. Ta piosenka to przede wszystkim kontrasty, nieoczywistości. Sztuką jest takie manewrowanie muzyką, śpiewem, aby to wszystko razem dobrze grało. A tutaj gra świetnie. Interesujące, innowacyjne połączenia można odnaleźć również w innych piosenkach, na przykład w ciekawym, momentami trochę wykrzyczanym Any Party (z domieszką Pleasure na końcu), spokojniejszym The Wind, balladowym I Wish I Didn’t Miss You. Naturalizm zawsze kojarzyłam z malarstwem, jednak okazuje się, że taki nurt można odnaleźć również u Feist. Dowód na to, że prostota jest zawsze w modzie, mamy w utworach Get Not High, Get Not Low i Baby Be Simple. Siła tkwi właśnie w samej wokalistce, która jest tu jak magnes. Potrafi zahipnotyzować swoim głosem słuchacza. Od początku jestem też zachwycona piosenką Lost Dreams. Jest w niej coś tak fascynującego, że nie potrafię wyrzucić jej z głowy. Piosenki z Pleasure nie są pisane w taki sposób, jak robi się to teraz. Ale zapotrzebowanie na ambitną twórczość na scenie offowej jest zawsze.

Mimo gatunkowej różnorodności płyty, album tworzy świetną całość. A najważniejszym spoiwem jest wrażliwość i ciepły głos Leslie Feist. Emocje i serce, które włożyła w nowe piosenki sprawiają, że to przede wszystkim płyta szczera do bólu, opowiadająca o prawdziwych uczuciach, bardzo prywatnych i intymnych. O takich, o których człowiek zazwyczaj milczy. Artyści jednak mają ten przywilej, że swoim emocjom mogą dać upust poprzez muzykę. Nie muszą nikomu tłumaczyć się dlaczego użyli tych słów, a nie innych. Dają możliwość interpretacji słuchaczom. A płyta Pleasure to jedna z tych, przy której słuchaniu warto się skupić. Feist porusza, wzrusza, tworzy świat wypełniony drgającym głosem i piękną, nieprzesadzoną muzyką. Artystka nie spieszy się, nie próbuje zrobić niczego na siłę. Idealnie pracuje głosem, w niektórych miejscach go łamie, a w innych pokazuje jaka tkwi w nim siła. Czasami jest bardziej akustycznie i gitarowo, w innych miejscach dochodzą do tego muzyczne eksperymenty. Kanadyjka jest artystką w pełni świadomą tego, co tworzy, dlatego z czystym sumieniem wystawiam temu wydawnictwu najwyższą ocenę.