Pamiętacie Stinga – rockową torpedę z charakterystycznym matowym, zachrypniętym głosem? Wyobraźcie sobie teraz dziewczynę. Nie byle jaką – niech będzie ciemnowłosą ślicznotką z dobrym rodowodem i niech będzie jego córką. A teraz spróbujcie sobie wyobrazić jak mogłaby brzmieć? Słyszycie ją? Byłam dokładnie tak samo wstrząśnięta jak wy – ta dziewczyna po prostu nie mogłaby brzmieć inaczej niż Eliot Sumner! Mimo że debiutowała pięć lat temu, był to na tyle mocny start, że do tej pory rozpala serca i umysły fanów. Eliot Sumner nareszcie powraca z kolejnym albumem – tym razem pod własnym nazwiskiem i z jeszcze mocniejszymi kompozycjami. Panie i panowie – przed wami Information!
Krążek otwiera ponura i ciężka od negatywnych emocji kompozycja Dead Arms & Dead Legs. Utwór bazuje na mocno zaznaczonej partii klawiszowej, która rytmizuje całość i wyznacza tonację wokalu. Jest molowo, przytłaczająco i bardzo nisko. Całości dopełnia wycofana do pozycji tła i odtwarzająca rytm fortepianu perkusja oraz subtelna elektronika raczej w formie pogłosów i ech, niż zdecydowanego beatu. Wspaniała!
Singlowe Information to zupełnie inna historia. Każdy, kto pamięta panienkę Sumner z projektu I Blame Coco od razu wspomni Ceasar czy Self Machine. Kawałek utrzymuje niską pozycję dźwięków poprzedniego utworu, tempo wzrasta a funeralny wręcz klimat z Dead Arms & Dead Legs zamienia się w jadowite i pełne skargi wykrzyknienia. Warto zwrócić uwagę na gwałtowne podniesienie zarówno pozycji głosu jak i wysokości dźwięku w refrenach – zabieg ten pozwala „otworzyć” utwór i unieść się wokalowi na wyżyny – nie, nie modlitwy, lecz właśnie skargi! Świetny! Na podobnej zasadzie został pomyślany utwór Species. Jest chmurnie, gniewnie i bardzo oskarżycielsko!
Let My Love Lie On Your Life to mocny koktajl gitarowy okraszony szczyptą elektroniki, przewrotnie droczącą się z wokalem. Głos podąża ścieżką wyznaczaną przez linię gitar i perkusji. Syntezatory z kolei zajmują za każdym razem pozycję przeciwną dzięki czemu artystka buduje nieco przewrotną, niepozbawioną zgryźliwości tkankę kompozycji.
After Dark otwiera opalizująca i rozedrgana linia syntezatorów w asyście perkusji. Nieco oddalone w czasie pojawienie się wokalu doprowadza do wycofania się reszty dźwięków do pozycji tła, dzięki czemu odnosimy wrażenie, że to właśnie głos prowadzi utwór. Warto zwrócić uwagę na swego rodzaju przełamanie kawałka w drugiej części i udzielenie głosu wiodącego syntezatorom, które nieoczekiwanie wybijają się na wysokie linie. Ten zabieg pozwala nie tylko podnieść wokal i dźwięk pod koniec utworu, ale również gładko przejść w tonację durową i zamknąć całość jasnym akcentem, zmieniając całkowicie wymowę utworu. To nie jest kawałek o narzekaniach młodej panienki – to jest kawałek o wznoszeniu się dźwięku i o podnoszeniu głowy! Tytuł mówi zresztą sam za siebie! Podobnie rzecz wygląda w wypadku Firewood.
Halfway To Hell nie bez powodu tytułem nawiązuje do słynnego Highway To Hell. Mamy tu do czynienia z przewrotnym dialogiem z klasykami. Kompozycję poprzedzają dzwony i od razu na myśl przychodzi mi High Hopes Pink Floyd. To jednak tylko poszlaka. Prawdziwa treść utworu przychodzi wraz z mocną, jazgotliwą sekcją syntezatorów wspartą na silnej perkusji. Agresywny ton kawałka oczywiście nabiera prawdziwych kolorów dopiero gdy pojawia się donośny i pełen buty głos. Wbrew pozorom to właśnie wokal jest tutaj elementem dominującym i to on otwiera kawałek w refrenach i wybija całość w górę. Świetny numer i prztyczek w nos wszystkim tym, którzy oczekują od artystki kategoryzacji gatunkowej. Nic z tego! Ta dziewczyna nie potrzebuje podpierać się prawidłami gatunku i pokazuje, że takowe nie tylko jej nie dotyczą, ale nawet nie są jej potrzebne.
W I Followed You Home nie znajdziecie już żadnych wstępów czy przygrywek – od pierwszych taktów zostajemy zaatakowani jadowitymi, ciężkimi dźwiękami i donośnym, niskim, chmurnym wokalem. Ten nastrój kawałka jest budowany dzięki temu, że zarówno dźwięk jak i wokal trzymają się bardzo blisko ziemi i nie wybiegają ani w nic wysokiego, ani też durowego. W zwrotkach to właśnie głos wysuwa się na prowadzenie, butnie odrzucając wszelkie inne dźwięki – te w pełni dochodzą do głosu dopiero w refrenach, gdzie Eliot pozwala im sobie asystować. Nie dajcie się jednak zmylić – to tylko drobny akompaniament, którego równie dobrze mogłoby nie być, bo pozycję dominującą zajmuje na całej długości kompozycji wokal.
What Good Could Ever Come Of This to jeszcze inna opowieść. Tym razem wszystkie dźwięki współistnieją i składają się wraz z głosem na jedno durowe, wysokie brzmienie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten utwór nieustannie wspina się w górę, mimo że każda z jego składowych wprost przeciwnie – spada w dół. Zabieg ten został osiągnięty dzięki temu, że każda kolejna partia wokalna rozpoczyna się nieco wyżej niż poprzednia. W związku z tym mimo, że od momentu rozpoczęcia dźwięki spadają, całość faktycznie rośnie. Podobnie został skonstruowany utwór Come Friday i bonusowy In Real Life. Chciałoby się rzec, że te utwory zupełnie do panienki Sumner niepodobne. A jednak świetne!
Już miałam zamiar powiedzieć, że krążek jest pozbawiony wad, a jednak nieco niefortunnie znajdziemy tutaj taką drobną plamkę jak Say Anything You Want. Prosta linia melodyczna, rozkołysany wokal, żadnych skoków tonacji czy wysokości dźwięku – wszystko takie gładkie i płaskie – aż trudno uwierzyć, że utwór pochodzi właśnie od Eliot Sumner. Oczywiście wszyscy wiemy, że artystka starała się zadbać o pewną emocjonalną kompletność albumu i oprócz chmurnych, depresyjnych kompozycji, wpuścić nieco światła. To się świetnie udało w Come Friday czy In Real Life ale Say Anything To Me to najczystszej maści gniot! Postaram się udawać, że go tutaj nie ma, bo przecież nawet największym raz na jakiś czas powinie się noga. Poza tym drobiazgiem krążek Information jest rewelacyjny – ta dziewczyna po prostu rzuca na kolana!


