Kolejny dzień z alternatywą. Pierwszy rozpalił nadzieje widowni i zawiesił wysoko poprzeczkę, ale czy dał rady?
Osobiście przyznam, że nie. Zabrakło elementów wielkiego kopniaka na scenie. Jednak nie to, że poprzeczka nie została podwyższona, nie znaczy, że było źle.
O 17 odpalił polski duet Little White Lies. Po raz ostatni w takim składzie, gdyż dołączył do nich perkusista. Można było się trochę pobujać, brawa dla wokalistki za ciekawy taniec. Pora powoli przejść na main stage – Team Ghost – pierwszy występ na tej scenie i jak się później okazało jeden z najlepszych wieczoru. Po prostu synthrockowe brzmienie w dobrym francuskim wykonaniu.
Sjón – zachwalany polski zespół, czyli nigdy nie wierz nikomu. Brzmienie nie jest do końca złe, ale i daleko mu do dobrego, a kiedy usłyszałam wyciąganie wokalu w stylu Muse podziękowałam. Alternatywa Londynu, czyli Toy. Jeżeli byłaby bitwa pomiędzy scenami to właśnie Toy wygrywa ze Sjónem. The Janitors – osobiście bardzo sympatyczne chłopaki, ale muzycznie nie zdobyli fanki, chociaż dwa kawałki zagoszczą na mojej play liście. Byli zapowiadani na rozkładzie jazdy, jako duet, wychowany przez wilki, okazało się jednak, iż Remulus i Remus to pięcioosobowy zespół. Kolejni na liście Still Corners – ciekawy głos, fajna marynarka wokalistki i chyba najbardziej elektryczna muzyka, ze wszystkich reklamujących się elektro działem. Ale by być z wami do końca szczerą to koncert rozpoczął i zakończył się dobrze, a cały środek był przeciętny i podobny do siebie. Cold Pumas, czyli jak grać na perkusji i jednocześnie śpiewać. Można? Można, wielki szacunek za to. Zagrali w szybkim tempie, stosunkowo prostymi nutami, a kawałki nieco zlewały się ze sobą, niemniej dali jeden z lepszych występów i wywołali chęć poruszania się pod sceną. Egyptian Hip Hop – innymi słowy, siedemnastolatkowie na scenie. Lekka muza, nagle zrobiło się popowo, ciekawe eksperymenty wokalne czy raczej maniera wokalna. Wokalista, jako jedyny artysta, jak dotąd wszedł w tłum, w trakcie koncertu. Młodsza część publiki bardzo szalała, a ja byłam zaskoczona, iż pop w takim wydaniu może mi się faktycznie podobać. A tak na marginesie, jakim cudem noszenie dwóch różnych skarpetek stało się modne? Czas płynie nieubłaganie.
Dochodzimy do koncertu Wall Of Death, swoim graniem nie wywołali ściany śmierci, jednak mieli coś w sobie. Ten francuski zespół udowodnił, że dzisiejsi perkusiści są wszechstronni – tym razem granie na perkusji i gitarze – spokojnie nie jednocześnie. Gdy usłyszeli płynące z publiki słowa uznania po francusku, byli miło zaskoczeni. The Hickey Underworld – zdecydowanie najlepszy zespół tego wieczoru. Poruszyli publikę na tyle, że nawet zaczęło się pogo. Zespół mający genialnego perkusistę, co prawda nie śpiewał i nie grał na niczym dodatkowo, ale dał czadu. Ale to nie wszystko, co dał zespół – publiczność została uraczona darmową butelką wódki, grzechotką i tamburynem, które później odzyskali oraz bluzkami- niestety męskich rozmiarów już nie było. I tak doszliśmy do ostatniego koncertu dużej sceny – Esben and the Witch, interesujący projekt, ale po podwyższeniu poprzeczki przez The Hickey Underworld wypadli blado. Ostatnimi artystami drugiego dnia festiwalu był hiszpański zespół Svper. Niestety osobiście uważam, to za najgorsze wykonanie wieczoru, sądząc po siedzących przed sceną ludzi – nie dali rady. Posłuchać można, ale…
Tak w skrócie wyglądał drugi dzień, pomimo kilku problemów z dźwiękiem – szczególnie na małej scenie, a przez to opóźnieniem dwóch zespołów – całe szczęście tylko o 15 minut, to organizacyjnie po raz kolejny chapeau bas.
Teraz tylko czekać na to, co pokaże finałowy dzień.
