Nie boimy się konkurencji – powiedziała menager projektu, a ta w tym rok była niemała: Baltic Games, iFestival i koncert na Jarmarku. Słusznie, że obawy minęły organizatorów. To jest alternatywa w najlepszym wydaniu, a sam festiwal jest pretendentem do rosnących w siłę. Daje mu trzy lata, a klub B90 będzie dla niego za mały.
Zacznijmy jednak od początku. Już w domu było na obiad fish&chips, jakże adekwatnie do artystów dziś występujących, gdyż znaczna część przywędrowała do nas z UK. Po małych poszukiwaniach i braku orientacji na stoczni dotarłam na teren klubu. Poznałam kilku miłych ludzi, atmosfera od początku była bardzo serdeczna.
Pierwszą dawkę muzyki zaserwowali nam na scenie Soundrive – Karate Free Stylers – kawał dobrej muzy z pogranicza rocka. Rozruszali publikę, rozśmieszali tłum. Mnie porwali bardziej niż Girls Names, z którymi się nieco pokrywali. Chłopacy z Belfastu, muzycznie niczego nie można im odmówić, jednak publiczności nie porwali, ludzie dopiero się schodzili, ale co może świadczyć o ich dobrej grze podnosili się z puf z zainteresowaniem i podchodzili bliżej sceny. Półgodzinna przerwa i 2:54 zespół założony przez siostry Thurlow. Nie specjalnie wpadam w zachwyt nad damskim wokalem, więc wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy usłyszałam z tych czerwonych ust takie dźwięki. Przepiękne operowanie głosem, ciekawa aranżacja muzyczna. Bardzo pozytywne zaskoczenie, osobiście bardzo mili ludzie, pozytywnie zaskoczeni polską publicznością. Dignan Porch – Brytyjczycy, którzy dawali sobie rady, ale w porównaniu z grającym obok 2:54 wpadli nieco przeciętnie.
The Soft Moon, to kolejne pozytywne zaskoczenie, alternatywa, która zagości na mojej play liście, ostatni pożegnalny song wyszedł im genialnie, czuć, że dali z siebie wszystko. Mieli jednak sporą konkurencję na mniejszej scenie – The Experimental Tropic Blues Band. Prawdziwy experimantal, ciekawe zestawienie przez Belgów dzień zdrowie, a później już samo na zdrowie przy piciu whiskey, z gwinta, w dużych ilościach, chyba poczuli polski klimat picia. Pozytywnie zaskoczyli mnie ostatnim utworem. Zaczęły się przestery, okropny dźwięk, każdy zespół poddałby się i zakończył, ale nie Experimental, zrobili kawał dobrej muzyki z przesteru, poruszyli tłum, i zostawili w nas tęsknotę już w chwilę po zejściu ze sceny. Prawdziwa perełka tego dnia festiwalu. Zbliżamy się do 22.30 i Turbowolf. Przyznam szczerze, iż jest to jedyny zespół, jaki znałam przed festiwalem. Wyczekiwałam z niecierpliwością, by usłyszeć ich na żywo. Nikogo nie zawiedli, było szybko, głośno, czysto, było pogo, była ściana śmierci. Nie widomo, kiedy zegar zaczął przyśpieszać, a oni musieli już się z nami żegnać, całe szczęście zapowiedzieli powrót. Nie wiadomo tylko jeszcze, kiedy i gdzie. Turbowolf, myślę, że wybawili się wszyscy. Znowu krążę między scenami, by po trochu zrelacjonować każdy koncert. Docieram na The Family Rain – jakże byłabym nieobiektywna mówiąc, że źle zagrali, jednak chłopięcy, aczkolwiek charakterystyczny głos wokalisty nie przemówił do mnie. Lekkie granie (to, co zapowiadali na hard and heavy, było po prostu lekkie), radiowe wręcz. Daję chłopakom dużą szansę na wybicie się na mainstream, a czy to dobrze im wróży czy nie pozostawiam do waszej interpretacji.
Przychodzi pora na ostatnią odsłonę main stage – Connan Mockasin. Nie wiem czy to zmęczenie ludzi, czy kołyszący do snu ton i brzmienie, ale sporo osób siedziało na podłodze. Wielkie oczekiwania i spore rozczarowanie. Brak im tej charyzmy scenicznej. Holograms – trudno powiedzieć, że źle i trudno powiedzieć, iż dobrze. Pobujać się można, ale mojej play listy nie zdobyli. Czas leci nieubłaganie szybko w tak miłym nastroju i towarzystwie, jakie jest na Soundrive Fest, zanim się obejrzałam weszli na scenę Rainbow Arabia. Bardzo bałam się tej tęczy. Offowy zespół, inny od wszystkich, jednako w dobrym tego słowa znaczeniu. Odniosłam wrażenie, iż wokalnie było nie zawsze do końca czysto.
To tyle, w skrócie o zespołach, przydałoby się jeszcze w skrócie o widowni. Może B90 nie pękało w szwach, ale coraz więcej ludzi, a na pewno więcej niż przy zeszłej edycji. Kilka osób przyjechało wiele kilometrów, by rozkoszować się trzema dniami offowej muzyki. Ze znanych na widowni pojawił się Adam Nergal Darski. Zespoły i widownia mieszały się ze sobą, wszyscy razem pili i dyskutowali. Ciekawa atmosfera i klimat, inna niż na festiwalach, na których byłam do tej pory.
I tak dobiegł nam końca pierwszy dzień festiwalu.
Jeżeli nikt nie interesuje się muzyką z pogranicza alternatywy, nazwy zespołów będą mu obce. Jednak Soundrive Fest trzeba odwiedzić. Czasami możemy odkryć rzeczy, o których nie mieliśmy zielonego pojęcia, a teraz pojawiać się będą z dużą częstotliwością na naszej play liście.

