Diana Krall – Turn Up the Quiet (2017), recenzja Zuzanny Janickiej

0
263

Kanadyjska wokalistka i pianistka Diana Krall jest jedną z tych osób, które od lat zamknięte są w przeszłości, nie zważając na to, co dzieje się wokół nich, tu i teraz. Krall nie musi się tym przejmować. Tym bardziej, że nie sposób pominąć jej nazwiska przy układaniu listy najbardziej wpływowych jazzowych artystów naszych czasów. Ma pozycję, a przede wszystkim fanów, którzy z niecierpliwością wyczekują każdej jej nowej płyty. Pierwszy piątek maja był więc dla nich małym świętem. Właśnie wtedy do sprzedaży trafił 13. studyjny album artystki zatytułowany Turn Up the Quiet.

Może ciężko w to uwierzyć, ale przez całą swoją karierę (trwającą od początku lat 90.) Diana Krall napisała zaledwie garstkę piosenek (znajdziecie je na The Girl in the Other Room). Artystka wychodzi widocznie z założenia, że po co tworzyć dziś coś nowego, skoro w pierwszej połowie ubiegłego stulecia powołano do życia tak wspaniałe, nie-do-podrobienia kompozycje. Jej ulubionym zbiorem jest tak zwany Great American Songbook – potężny zestaw ważnych dla amerykańskiej kultury jazzowych utworów. Nie raz i nie dwa czerpała z niego pełnymi garściami, robiąc sobie jednak przerwę trwającą od 2009 roku. Po płycie utrzymanej w rytmach bossa novy (Quiet Nights), wydawnictwie inspirowanym kolekcją mniej znanych nagrań z lat 20. i 30. (Glad Rag Doll) i w końcu albumie zawierającym jej ulubione utwory z lat 60.-80. (Wallflower) przyszła pora na kolejne odświeżenie tego, co w amerykańskiej muzyce popularnej najlepsze.

Krall zrobiła sobie krótką przerwę nie tylko po to, by poodkrywać nowe muzyczne tereny. Zainteresowana była współpracą z innymi producentami, którzy pomogliby jej wprowadzić jej twórczość na nowe tory. Na Turn Up the Quiet wróciła jednak do Tommy’ego LiPumy, amerykańskiego muzyka, który na koncie miał współpracę m.in. z Barbrą Streisand i Milesem Davisem. Niestety, artysta odszedł w marcu, nie doczekując premiery wydawnictwa.

Turn Up the Quiet jest albumem, który w dużym uproszczeniu nazwać można krążkiem koncepcyjnym. Diana zgromadziła na nim bowiem kompozycje, których wspólnym mianownikiem jest spełniona miłość. Od pierwszej (Like Someone in Love) do ostatniej (I’ll See You in My Dreams) piosenki unosi się więc romantyczny, intymny nastrój. Ciężko wskazać tu utwór, który całość ciągnąłby w górę. Podobnie jak nie ma tu numeru, który obniżał wartość płyty. Do moich ulubieńców należą jednak aksamitne Isn’t It Romantic o wspaniałej grze instrumentów smyczkowych; żywsze, na swój sposób słodkie L-O-V-E; skoczne, zahaczające nawet o folk I’ll See You in My Dream oraz żeniące jazz z bluesem Moonglow. Na uwagę zasługuje także zmysłowa wersja Sway.

Nie mam zamiaru w podsumowaniu tego krótkiego artykułu pisać, że każdy bez wyjątku powinien zarezerwować sobie czas na Turn Up the Quiet. Osoby niezainteresowane jazzem i preferujące bardziej przebojowe melodie raczej nie mają tu czego szukać. Diana Krall przygotowała album dla słuchaczy, którzy cenią sobie ciszę i spokój. Można zarzucić, że artystka się powtarza i nagrywa podobne wydawnictwa, ale wystarczy uważniej się w nie wsłuchać, by wyłapać różnice i przekonać się, jak wiele pomysłów na swoje kolejne płyty Krall posiada. Można też śmiać się, że „to taka muzyka do hotelowej restauracji”. Ale za to jakże elegancka, wyważona i pięknie podana. Turn Up the Quiet zmazuje średnie wrażenie, jakie zrobiło Wallflower.