Karierę Demi śledzę od jej pierwszych kroków na wielkiej scenie muzycznej. Byłem świadkiem wszystkich wzlotów oraz upadków, jakie zaliczyła ta piosenkarka. Zawsze podziwiałem ją za to, że bez względu na trudność sytuacji w jakiej się znalazła, potrafiła stanąć na nogi i iść dalej przed siebie z uśmiechem na ustach. Od wydania ostatniej płyty artystka bardzo dojrzała i pokonała wiele przeciwności losu. Udało jej się również zrealizować liczne cele, które już dawno przed sobą postawiła. Jednym z nich było z pewnością stworzenie albumu, który w pełni reprezentowałby jej przemianę. Sprawdźcie, czy i to udało jej się osiągnąć.
Zacznijmy w takim razie od singli. Na pierwszy ogień poszło Cool for the Summer. Musze przyznać, że przyjemnie było móc usłyszeć Demi w bardziej klubowym wykonaniu. Piosenka podbijała parkiety na całym świecie i towarzyszyła mi przez całe lato. Z drugiej strony był to utwór, który nie do końca pasował mi do tej wokalistki. Nie da się bowiem ukryć, że Cool for the Summer to bardzo komercyjny kawałek. Jego głównym celem było z pewnością wzbudzenie lekkiej kontrowersji i zainteresowanie szerszego grona odbiorców, co w 100% zostało zrealizowane. Szczególnie po wydaniu teledysku, którym wokalistka definitywnie rozpoczęła nowy rozdział w swoim życiu. Drugim singlem jest Confident. Moim zdaniem bije on na głowę swojego poprzednika. Mamy tutaj pasujący do wokalistki tekst, świetną muzyką i pozytywną energię w wokalu. Odbiorca nie ma większych problemów z wiarą w przesłanie, jakie niesie ze sobą ten utwór, oraz jego autentyczność. Piosenka stanowi świetne otwarcie całego albumu i daje sygnał w stylu: tutaj rządzi Demi!
Osobiście najchętniej słucham Lovato w wolnych, nastawionych na emocje kawałkach. Na nowej płycie znajdzie dwa tego typu utwory. Pierwszy został udostępniony na kilka dni przed premierą płyty. Stone Cold jest bez wątpienia jednym z mocniejszych punktów tego albumu. Demi doskonale wie jak przekazać emocje poprzez muzyką, co po raz kolejny udowadnia tym numerem. Moją szczególną uwagę przykuła tutaj modulacja głosu, którą stosuje wokalistka. Artystka zaprezentowała cały wachlarz swoich umiejętności wokalnych, które bez wątpienia rozwinęły się na przestrzeni kilku ostatnich lat. Druga ballada nosi tytuł Father. Każdy, kto choć trochę zna historię o ojcu artystki, będzie wiedział, co piosenkarka chciała przekazać przez ten utwór. Po pierwszym odsłuchu nie za bardzo wiedziałem, jak powinienem zareagować na ten numer. Wydaje mi się, że jest to najbardziej osobisty kawałek ze wszystkich, które znalazły się na tej płycie i powiem o nim tylko jedno: najlepsza ballada w karierze Demi.
Na albumie znalazły się również dwa duety. Kingdom Come to istny wulkan energii. Demi w żaden sposób nie hamuje swojego wokalu i pozwala mu się w pełni uwolnić. Na pochwałę zasługuje również muzyka. Z początku bardziej pasowała mi bardziej do twórczości Iggy, z którą Demetria nagrała ten utwór. Po przesłuchaniu całej piosenki nasunął mi się jeden wniosek. Lovato w pełni zawładnęła tym numerem, a Azalea stanowi jedynie subtelny dodatek i drugi plan, bez którego kawałek i tak by się obronił.
All the demons cry
Cause you and I
Found love in a broken place
W Waitin For You gościnnie udziela się Sirah. To, co od razu przykuło moja uwagę, to intrygujący, bezpośredni i dość ostry tekst, którego nie spodziewałem się po Demi. Mocnym punktem jest również zróżnicowana muzyka, która ewoluuje wraz z utworem. Sama Sirah nie zrobiła na mnie ani pozytywnego, ani negatywnego wrażenia. Jej brak nie odbiłby się większym echem na tej piosence. Śmiem nawet twierdzić, że bez niej ten numer byłby o wiele lepszy.
Nie obeszło się bez kilku mniejszych wpadek. Do For You wielokrotnie próbowałem się przekonać. Piosenka rozwija się pozornie ciekawie, jednak za każdym razem, gdy słyszę ten utwór, czuję ogromny niedosyt. Oczywiście nie mogę odmówić Demi genialnego wokalu, jednak w tym wypadku długie i doskonale wykończone dźwięki nie wystarczyły, aby mnie w pełni zachwycić. W kwestii muzycznej coś mi tutaj po prostu nie współgra z głosem wokalistki. To trochę tak, jakby te dwa elementy rozwijały się wspólnie, jednak nie stanowiły jedności. Podobne odczucia mam w przypadku kawałka Wildfire. Utwór jest spokojny i dobrze zaśpiewany, jednak poza tym nie za bardzo mam go za co pochwalić. Największym minusem jest to, że muzyka ciągnie się przez cały kawałek w bardzo podobny sposób. Brak różnorodności przerzuca się w tym momencie na jakość całej piosenki.
Wróćmy teraz do tych najmocniejszych stron albumu. Bez wątpienia mogę do nich zaliczyć kawałek Old Ways. Porządny bit, świetny tekst i prawdziwy popis wokalny. Na dodatek cały kawałek jest na tyle dobrze zbudowany i zróżnicowany, że mam ochotę słuchać go non stop. Pomimo wielu odsłuchów nie odczuwam żadnego przesytu, czy też znudzenia nim. Gdyby ten krążek zawierał tylko tego typu utwory, to bez wątpienia wystawiłbym mu 10/10.
I’m hearin’ them all say
I’ll go back to my old ways
Not goin’ back to my old ways
Z przyjemnością wracam również do Lionheart, oraz Yes. W przypadku tego pierwszego najbardziej przykuło moją uwagę jego przesłanie oraz wokalna bomba w gardle Demetrii, która eksploduje kilkanaście razy podczas całego utworu. Mam nadzieję, że Lovato prędzej czy później zdecyduje się na nagranie tego numeru w wersji akustycznej. To by było coś. Druga piosenka przypomina mi stylistykę Unbroken. Spokojny wstęp, odpowiednia zmiana tempa w refrenach, no i oczywiście ta końcówka. Ciekawym dodatkiem są chórki, które w przyjemny sposób dopełniają główny wokal.
Zajrzyjmy teraz na wersję deluxe. Pierwszy i w sumie jedyny jej minus to remixy. Jak dla są to po prostu dwa zmarnowane miejsca, które powinny zająć inne piosenki. Przejdźmy jednak do samego Stars. Kawałek kupił mnie w całości swoimi refrenami. Jest w nich siła, pozytywna energia i moc, które Demi bez problemu przekazuje słuchaczowi. Dobra muzyka i świetnie zbalansowany wokal to kolejne mocne strony tej kompozycji. Gdy słucham tego utworu jest mi naprawdę ciężko ustać w miejscu. Mr Hughes bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Nie spodziewałem się Demetrii w takim wykonaniu. Jest w tym utworze coś takiego, co sprawia, że można go słuchać godzinami. Bez bicia przyznam, że mam ochotę na więcej takich piosenek w wersji Lovato. Dodatkowo uwielbiam ten śmiech artystki, który przewija się w tym numerze.
Czas na ocenę całościową. Krążek jest on naprawdę dobry i spójny, jednak momentami nie do końca przemyślany. Na następny raz chciałbym, aby Demi odpuściła sobie robienie duetów na siłę i trochę więcej pracy włożyła w ujednolicenie materiału, który znajdzie się na płycie. Na szczęście album zawiera liczne perełki, które świecą jasno niczym gwiazdy na niebie. Na sporą pochwałę zasługuje również wokal Lovato. Od ostatniego albumu artystka włożyła sporo pracy w jego rozwój, czego nie da się przeoczyć. Najważniejsze jest jednak to, że Demi nie starała się udawać kogoś, kim nie jest. Była sobą, dzięki czemu nagrała prawdziwy i godny uwagi album.


