Crystal Castles – Amnesty (I) (2016), recenzja Kacpra Rogalewskiego

2
263
ATHENS, GEORGIA - APRIL 02: Edith Frances and Ethan Kath of Crystal Castles perform at Georgia Theatre during the 2016 Slingshot Festival on April 2, 2016 in Athens, Georgia. (Photo by Chris McKay/Getty Images)

Świat muzyki popularnej to tak naprawdę świat przepełniony tymi samymi dźwiękami. Linie melodyczne brzmią jednakowo, a teksty często ocierają się o absurdalną przewidywalność. Coraz mniej artystów decyduje się na zrobienie czegoś swojego, a gdy już próbują realizować swoją autorską ścieżkę to często popadają w mainstreamową machinę. Jednak bywają przypadki w których to niezależność pozostaje na pierwszym miejscu. Kanadyjski zespół Crystal Castles może być genialnym przykładem muzycznej konsekwencji i suwerenności.

Umówmy się. Muzyka Crystal Castles nigdy nie należała do najłatwiejszych w odbiorze. Nie są to dźwięki, które przyjemnie słucha się podczas spacerów, czy gotowania. Wręcz przeciwnie. Słuchając ich twórczości wielokrotnie można popaść w poczucie odizolowania, a nawet transu. Nikt nie przypuściłby, że muzyczny brud, agresja i ciężkie techno stanie się muzyką uwielbianą przez miliony. A jednak. Tuż po opublikowaniu kompozycji Alice Practice w jednym z serwisów społecznościowych świat oszalał. Zaczęły wchodzić w grę wielkie pieniądze, sława i trasy koncertowe. Jednak pomimo tego zespół nie utracił swojego niesamowicie ważnego pierwiastka. I to jest największą zaletą tego projektu.

Wszyscy bardzo czekali na ten album. Nawet bardziej niż na poprzednie trzy. Cofając się dwa lata wstecz możemy przypomnieć sobie spektakularne odejście Alice Glass, czyli wokalistki zespołu. Muzyczne środowisko zawrzało. Nie chodzi już tylko o kontrowersję, którą obrzucali się byli współpracownicy, ale o przyszłość projektu. Co teraz? Czy to koniec? Cóż byłaby to spora strata bowiem druga połówka zespołu, czyli Ethan Kath jest szokująco zdolnym twórcą. Długo nie trzeba było czekać. Ethan ogłosił, że zespół nie przestanie tworzyć. Co więcej wciąż pozostanie duetem. Rok później pojawił się tajemniczy utwór Frail już z udziałem nowej wokalistki. Nikt nie wiedział kto to jest. Niestety środowisko muzyczne pamiętając nietuzinkowość Alice uznało, że nie uda nie jej zastąpić. Natomiast ja postanowiłem poczekać. Dać szansę. I wiecie co? Teraz chwalę swoją cierpliwość pod niebiosa.

Edith Frances. Zapamiętajcie to nazwisko. Jest to bowiem nowa wokalistka kanadyjskiej sensacji. Tajemnicza, skryta i co najcudowniejszej delikatna. Niektórzy mówią, że jej ekspresja kompletnie nie pasuje do klimatu muzyki. Być może nie jest tak żywiołowa i charyzmatyczna, jak Alice Glass, ale tak naprawdę to nie ma żadnego wpływu. W całkowitej ocenie zespół dostał potężnego odświeżenia. Wróciły czasy przepełnione magiczną mistyczną otoczką. A co najważniejsze strona wokalna odzyskała swoją jakość. Edith wielokrotnie woli zostawić zniekształcenia głosu w tyle i po prostu śpiewać.

Chodź pisałem o zadziwiającej konsekwencji muzyki Crystal Castles to nie należy ją mylić z powtarzalnością. Zespół zadbał bowiem o dużą dawkę progresu w ich muzyce. Bez wątpienia ogromny wkład w to miał multiinstrumentalista Ethan, który stworzył i wyprodukował cały album Amnesty (I). Co tu dużo mówić ten człowiek chyba nie potrafi stać w miejscu. Słuchając całego albumu cały czas w głowie duży zachwyt, jak wiele nawiązań i schematów jest w tej muzyce. Dźwięki Crystal pozostały tak samo brudne i nieprzyjazne. Tym razem po raz pierwszym muzycy pokusili się też o wiele trapu. A tak poza tym to brud, techno i electropunk, czyli mała uczta muzyki elektronicznej.

Przejdźmy do tego co najważniejsze. Cały album otwiera obiecująca kompozycja. Mowa o utworze Femen, którzy od razu przekonuje nas, że to nie będzie tylko jednorazowa przygoda. Pojawił się mrok i niepokój, a co wyjątkowo zachwycający pożądany trap. Tak powinno się otwierać każdy elektroniczny album. Wszystko zmienia się, jak w kalejdoskopie. Kompozycja Char wyraźnie zwalnia, ale i zaciekawia. Wyjątkowo łagodna elektronika w perspektywie całego wydawnictwa, co po prostu jest przyjemne w odbiorze. No i przyszedł czas na pierwszych faworytów. Przed szereg wyszedł utwór Sadist. Ten utwór to wszystko co uwielbiam w nowym Crystal Castles. Romans delikatnego głosu wokalistki z trzeszczącymi dźwiękami wychodzi po prostu genialnie. Spokojnie to nie jedyny taki utwór. Następną perełką tego albumu jest utwór Chloroform. Taki sam, jak w przypadku Sadist, czyli połączenie dwóch przeciwieństw. Powalające utwory, które pochłaniają w całości. Te kilka dźwięków pobudza taką silną potrzebę zostania przy tych dźwiękach. Muzycy nie tylko ciekawie otworzyli cały album, ale i zamknęli. Zaczynając od Ornament, aż po Their Kindness Is Charade. W tych dwóch utworach bardzo wyraźnie słychać wielki talent Ethana. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie tej ogromnej ilości elementów składających się na całą linię melodyczną, jak i na całkowity album. Chapeau bas!

Bałem się, że na nowa artystka będzie się starać śpiewać podobnie, jak Alison. I niestety pojawiło się parę takich momentów na tym najnowszym longplayu zatytułowanym Amnesty (I). Na całe szczęście nie jest ich zbyt wiele. Najwyraźniej słychać to przy utworze Enth. Nie tyle co muzyka, ale sam sposób śpiewania rażąco kopiuję byłą wokalistkę. Miejmy nadzieję, że to tylko jednorazowy wypadek i Edith nie da się zaszufladkować.

Znowu wygrała muzyka. Nie słowne przepychanki przypominające nam o przeszłości zespołu. Twórcy zrobili coś niesamowitego i coś na co sam bardzo czekałem, czyli wszystkim pokazali środkowy palec. Duet wcale nie powiedział ostatniego słowa. Oni dopiero się rozkręcają. A wszyscy Ci, którzy skreślili ten projekt niech zajrzą do albumu pt. Amnesty (I). Po prostu tego posłuchajcie. Jak dla mnie to wielkie zaskoczenie tego roku.

 

2 KOMENTARZE

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.