Jedni mówią, że See You Again jest artystycznym nieporozumieniem. Inni, że jest niedocenianym utworem. Nie da się jednak zaprzeczyć faktowi, że klip do tego numeru został wyświetlony na Youtube ponad miliard razy, ale to raczej z innego, smutniejszego powodu. Nie mniej jednak właśnie to był doskonały moment, by pomyśleć o debiucie na większą skalę – tak, jak zrobił to Sam Smith, czyli spektakularnie i w sposób, w jaki pokochała go jeszcze większa rzesza osób. Premiera tego albumu była przekładana, przez co dopiero teraz mamy szansę zapoznać się z Nine Track Mind. Powstaje więc pytanie o przyczynę tego zamieszania, gdyż takie działanie sprawia wrażenie, że wytwórnia po prostu czegoś się obawiała (i nie chodzi wcale o Adele). Czy słusznie? Właśnie dzisiaj poznaliśmy odpowiedź.
Charlie Puth był cały czas dla mnie zagadką. Mimo wydawanych później singli, nie słuchałam ich. Nie dlatego, że nie mogłam – po prostu nie chciałam robić sobie nadmiernego apetytu. No wiecie, kilka fajnych utworów przed premierą albumów, a reszta krążka delikatnie mówiąc rozczarowująca. Jeżeli chodzi o premierowe kawałki, to wyjątek zrobiłam przy Marvin Gaye z Meghan Trainor, lecz na to mam dość proste wytłumaczenie – trudno byłoby tego w wakacje w odbiornikach radiowych nie słyszeć, także sorry (parafrazując moją idolkę, Agnieszkę Chylińską).
Gdy dostałam możliwość odsłuchu (tak, ten tekst powstawał w nocy po północy), zadałam sobie standardowo podstawowe pytanie: czy ten początkujący bądź-co-bądź wokalista wykorzysta swoją szansę. Mieliśmy parę ciekawych przypadków wzbicia się na wyżyny popularności dzięki kilku featuringach. W ostatnich latach mieliśmy OneRepublic, Keri Hilson, Sama Smitha czy obecnie próbująca swoich sił Jasmine Thompson. Oczywiście, można byłoby wymieniać w nieskończoność…
Nine Track Mind jest to zbiór utworów, które mógłby z powodzeniem zaśpiewać Ne-Yo, Usher czy Chris Brown. Nie bez powodu została wymieniona ta trójka, gdyż mam wrażenie, że to właśnie do ich twórczości można byłoby dopisać tych 13 numerów. Niestety, nie przychodzą mi na myśl żadne nazwiska, którzy są obdarzeni jasną karnacją… Fakt, pop z lekką inspiracją R&B może dzisiaj wykonywać każdy, tak jak każdy w Polsce potrafi śpiewać disco polo i chociażby Tomka Niecika.
Po kilkukrotnym odsłuchu albumu, mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że wyszło przyzwoicie. Nie jest to krążek wysokich lotów, nie jest to też tak zwany średniak – to coś pomiędzy. I tego dokładnie można było się spodziewać. Wszystko brzmi dość pospolicie, gdyż cel przecież jest jeden: Charlie Puth powinien zebrać jak największą ilość fanek. Ma już jedną, ale nie z powodu debiutanckiego albumu – po prostu udowodnił, na co go stać. Doskonałym przykładem mogą być najjaśniejsze punkty tegoż wydawnictwa, czyli My Gospel, gdzie artysta bawi się swoim głosem. Cała kompozycja pod względem muzyki oraz produkcji sprawia, że po prostu aż chce się zatrzymać na dłużej przy tym utworze. Taki tam diamencik… Następną, że tak powiem zaletą są Losing My Mind oraz Suffer. Przy tej drugiej miałam problem, gdyż klimatem przypominał trochę Stop! Jamelii. Z drugiej strony jednak klimat pożyczony z wydanego ponad dekadę temu numeru w połączeniu z głosem młodego artysty stworzyły jedną spójną całość. Taką muzykę aż chce się słuchać. Słuchając wymieniony wcześniej Losing My Mind wspomnieniami wracam (również!) do poprzedniej dekady, a właściwie do jej początków.
Dość ciekawie wyszły też numery Dangerously oraz We Don’t Talk Anymore. Z początku ten pierwszy przypomina Wrecking Ball Miley Cyrus, lecz docierając do refrenu mamy ochotę się trochę pobujać – mniej więcej tak jak na jakiejś prywatce rodzinnej. To gustowne wymawianie końcówki słowa „dangerously” (tak, chodzi o wyciąganie w charakterystyczny dla wokalisty sposób swojego głosu). Z kolei duet z Seleną Gomez jest finezyjny, sprawia poczucie świeżości i lekkości. Tak samo zdaje się czuć wokalistka, gdyż zdecydowanie wiedziała po co śpiewa w tym kawałku i swoje zadanie wykonała na 200%, gdyż idealnie pasuje do tej kompozycji. O wiele lepsze niż ciężkostrawne Marvin Gaye z Meghan Trainor. Nigdy chyba nie zrozumiem wyboru właśnie tej piosenki na singiel… Nie muszę chyba mówić co czułam w wakacje, gdy słuchałam w radio tego utworu. Chyba irytacja, zażenowanie oraz chęć każdorazowego zrobienia sobie tak zwanego facepalmu mówią same za siebie. Zbędny jakikolwiek inny komentarz… Na głębszą uwagę zasługuje też Some Type Of Love, które w jakiś sposób mnie ujęło. Na tą chwilę ciężko wyjaśnić mi dlaczego… Wyobraźnia, która wręcz tętni we mnie w ciągu trzech minut z drobnym kawałkiem?
Pozostała, niewymieniona wyżej część albumu uzasadnia wręcz zmianę daty premiery debiutanckiego albumu artysty. Powodem, jak wymieniłam we wstępie nie jest Adele, lecz raczej ta zawartość. Jeszcze raz podkreślę: nie jest ona zła, śpiewać mógłby ją chyba każdy amerykański wokalista. No właśnie – uniwersalność. Nie jestem raczej zwolenniczką przypisywania metek do artystów, ale jestem zdania, że każda piosenka mogłaby być wykonywana tylko przez określoną, wąską grupę wokalistów i wokalistek – tylko wtedy tworzenie ma jakikolwiek sens. Inaczej traci to wszystko na wyjątkowości, o którą – o ironio! – każdy chciałby zabiegać.
Kilku kolegów z redakcji szczerze współczuło mi tej recenzji, lecz ja większości rzeczy w życiu nie żałuję. Do tej kategorii śmiało mogę wliczyć ten, myślami będąc przy prawdziwych gniotach. Nine Track Mind jest przyzwoitym i dobrym początkiem działalności. Debiuty zawsze wychodzą lepiej lub gorzej, bierzmy na to margines. Osobiście bardzo kibicuję Charliemu Puthowi w dalszej karierze i już marzy mi się w niedalekiej przyszłości krążek, który zwali mnie naprawdę z nóg – przy tym tak nie było. Głęboko wierzę w jego możliwości, lecz po chwili zdaję sobie sprawę, że większość rzeczy zależy od innych osób, które spotka na swojej artystycznej drodze – tego mu w przyszłości życzę.


