Buka/Skor – Imago (2015), recenzja Michała Szuma

Albumy koncepcyjne są moim zdaniem kwintesencją muzyki. Jeśli artysta już na wstępie nadaje swojej płycie pewien określony temat, to niemal z pewnością można spodziewać się niebanalnego podejścia do sprawy. Fakt – taki styl zawęża możliwość interpretacji składowych tego typu wydawnictwa, jednak jednocześnie może poszerzyć horyzonty.

Imago, którego autorami są trójmiejscy raperzy Buka i Skor, spełnia wszystkie kryteria albumu koncepcyjnego. Jakie są to kryteria? Spójność treści, wątek wspólny, pomysł na wydanie, chwytliwy tytuł. No właśnie – krótkie wyjaśnienie odnośnie tego ostatniego: idąc za Wikipedią, Imago to owad dorosły, doskonały, czyli ostateczne stadium w rozwoju osobniczym. Definicja wydaje się prosta, ale jak ma się ona do płyty? Wyjdzie w praniu. Na początek chciałbym się jednak skupić na kwestiach stricte wizualnych, a więc okładce i sposobie wydania. Kolorowy digi-pack i rozkładana mini sztaluga to rzeczy, które widzimy jako pierwsze. Okładka wygląda bardzo artystycznie, zatem ciężko się połapać, że jest to rapowy krążek. A nawet dwa, bowiem wydawnictwo, prócz standardowego CD z muzyką, zawiera DVD , na którym znajdują się wszystkie numery z płyty okraszone teledyskami. Cały zestaw dopełnia książeczka z tekstami, opisami i fotografiami. Sztuka przez duże ‘S’.

Znajdujące się na nośniku DVD klipy tworzą spójną historię nawiązującą do procesu ewolucji, więc kolejny element układanki się zgadza. W tym przypadku jest na nich ukazane koło od narodzin jednego życia do narodzin kolejnego, czyli potomka. Opowiastka ta jest dosyć smutna, ze złym ojcem w tle, z rozterkami młodzieńczymi, z alkoholem – takie tam pitu pitu grające na emocjach. Mnie takie historyjki nie przekonują, bowiem póki mnie to nie spotkało nie mam się czym wzruszać. Może i jestem bezdusznym człowiekiem, ale trudno – ta historia jest dla mnie tandetna. Ciekawszą sprawą jest natomiast to, co dzieje się między urywkami z życia bohatera, bowiem równocześnie Buka i Skor wraz z grupą artystów(?) tworzą obraz, który następnie stał się okładką płyty! Genialna sprawa! Mimo, że kosztowało ich to pewnie trochę poświęcenia i szorowania niektórych części ciała, uważam, że było warto. Dodaje to całemu projektowi jedności i podkreśla jeszcze bardziej koncepcyjność całego pomysłu. Za to panowie brawa!

Co do szaty dźwiękowej, to tutaj jest o wiele lepiej niż w przypadku tej wizualnej. Każda z sześciu kompozycji jest inna od pozostałych, tak więc nikt nie powinien się w trakcie przesłuchania nudzić. Tempo jest różnorodne i zależne od momentu historii opowiadanej przez teledysk. Od ostrego i żywego Hebanu, poprzez wyrazisty Szafran, aż po harmoniczny Lazur. Całość dopełniają instrumenty: sekcja smyczkowa fantastycznie buduje napięcie, potęguje grozę, wzmacnia odczucia, natomiast klawisze wprowadzają spokój. Rytm wybijany jest nielicznymi wstawkami perkusyjnymi, jednak w żadnym stopniu nie przeszkadza to w odbiorze, bowiem raperzy kapitalnie wchodzą w tempo i za każdym razem płynnie wtapiają się w każde bum.  Momentami bywa nawet tak, że bębny milkną i smyczki lub klawisze stanowią jedyny akompaniament.

Pozostała jeszcze kwestia tekstów. Tutaj także na szczęście mamy mało odniesień do ckliwej opowiastki zagubionego chłopca. Słowa są dość uniwersalne, ale pod takim względem, że można je w dowolny sposób interpretować. Wiadomo – wszystko kręci się wokół głównego wątku, czyli Imago, jednak zwrotki są tak skonstruowane, że można je równie dobrze dopasować do zupełnie innych wydarzeń. Dobrym zabiegiem było użycie nazw kolorów w tytułach, co także często pomaga raperom do budowania przenośni i łączenia ze sobą poszczególnych tekstów, a nawet bezpośrednich odwołań jednej barwy do drugiej. Całość idzie oczywiście w parze z tym, co dzieje się na płótnie w tle, bowiem poszczególne barwy, o których rapują Skor i Buka, kolejno się na nim pojawiają.

Na zakończenie chciałbym bardzo podziękować i pochwalić Bukę i Skora, bowiem tak ciekawego albumu dawno nie miałem okazji odebrać (chyba to jest najlepsze słowo biorąc pod uwagę całokształt). Muszę się też przy okazji uderzyć w pierś, bowiem na początku bardzo sceptycznie podszedłem do całej koncepcji, pisząc  jednej osobie, że jest to rodzaj sztuki dla sztuki. Trochę zajęło mi rozgryzienie całej koncepcji, ale na szczęście pojąłem chyba ideę, która stoi za Imago. Jedynym minusem całej płyty jest ta ckliwa historyjka, która w moim odczuciu psuje jedynie ten odbiór audiowizualny, bowiem można by to zrobić w sposób o wiele ciekawszy (od razu pomyślałem o scenach nagranych w pięknych okolicznościach przyrody, gdzie główną rolę odgrywaliby ci artyści pomagający w malowaniu obrazu). Pomijając powyższą wadę – chapeau bas, panowie!

Czytaj również