W ostatnią niedzielę wraz z moją dziewczyną wybraliśmy się na akustyczny koncert grupy IRA, który odbył się na stadionie Cracovii. Gdy tak siedziałem i słuchałem kolejne przearanżowane na bardziej melancholijne utwory zespołu, w głowie miałem kilka myśli: oni naprawdę świetnie brzmią, Artur Gadowski posiada charakterystyczny i mocny wokal, ich kawałki mają niesamowity potencjał. Gdy pospiesznym krokiem opuszczaliśmy arenę, by zdążyć na autobus, zastanawiałem się, dlaczego tak niewielu polskich artystów zdobyło popularność na całym świecie? Co gorsza, po chwili namysłu moje pytanie zmieniło swoją formę i zabrzmiało o wiele bardziej brutalnie: dlaczego żaden polski artysta nie zdobył międzynarodowej sławy?
Cieszy mnie, że od kilku lat Polska – osobom z zagranicy – nie kojarzy się jedynie z pięknymi kobietami i kradzieżami samochodów. Mamy wspaniałych naukowców, którzy co chwilę przedstawiają pomysły, o których innym nacjom się nawet nie śniło. Mamy aktorów i filmy, które otrzymują najważniejsze branżowe wyróżnienia. Mamy też sportowców, dzięki którym znaczna część ludzkiej populacji zdała sobie sprawę, że nasz kraj nie sąsiaduje z Syberią. Ale dla mnie, fana muzyki, to nie wystarcza. Oczywiście moje serce raduje się, że nasz wizerunek na arenie międzynarodowej poprawia się z roku na rok. Fajnie, że mogę oglądać Marcina Gortata umieszczającego piłkę w koszu z siłą młota pneumatycznego w najlepszej koszykarskiej lidze świata. Lecz bardzo żałuję, że Polska niemalże wcale nie jest kojarzona jako kraj posiadający wspaniałych muzyków. Jest wprawdzie kilka wyjątków, ale po pierwsze: ich ilość jest moim zdaniem wielce niewystarczająca jak na tak olbrzymie państwo, a po drugie: to w większości kapele, które u nas nawet nie wąchają notowań list przebojów, a za granicą są należycie czczone i doceniane.
Ironia. Paradoks.
Nie odkrywam w tym momencie po raz drugi koła pisząc, że głównym powodem takiego stanu rzeczy jest, kompletnie przeze mnie niezrozumiała, niechęć do tworzenia przez naszych rodzimych artystów tekstów w języku angielskim. Co prawda od kilku lat tendencja ta na szczęście się zmienia, ale przy okazji obnaża kolejny problem, do którego wrócę w dalszej części felietonu. Nie bądźmy naiwni, oprócz nas – Polaków, osób mających polskie pochodzenie oraz imigrantów, dla których jakimś cudem nasz kraj jest rajem na ziemi i znajdują tutaj pracę, nikt nie posługuje się językiem polskim. Co za tym idzie, warstwy tekstowe takich kompozycji jak Autobiografia Perfectu, czy Nadzieja wspomnianej IRY są dla ludzi spoza naszego kręgu kompletnie niezrozumiałe. Żadna wytwórnia nie wypuści płyty z piosenkami, które dla rodzimego rynku odbiorców brzmią jak odgłosy kopulujących kosmitów.
Odwracając całą sprawę w drugą stronę – czy wyobrażacie sobie, żeby w Polsce furorę zrobiło wydawnictwo gościa, który śpiewa po portugalsku? Ja też nie.
W ostatnich latach coraz częściej rodzimi artyści próbują tworzyć swoje kawałki w języku angielskim. I bardzo dobrze, bo bez tego jakiekolwiek zaistnienie na zachodzie jest niemożliwe. W teorii część z nich powinna podbić listy przebojów np. w Niemczech, Czechach, czy innych sąsiadujących z nami krajach. Dlaczego tak się nie dzieje? To proste – mamy mniej więcej 10-letnie opóźnienie w podążaniu za trendami. Coś, co jest popularne na Wyspach Brytyjskich, czy w USA, u nas kiełkuje dopiero jakąś dekadę później.
Najlepszym tego przykładem są często przeze mnie przywoływani Curly Heads. Powierzchownie nie można im niczego zarzucić – na żywo brzmią świetnie, mają kapitalnego wokalistę z niepodrabianym głosem, a ich koncerty to, jak na rodzime standardy, ciekawe wizualne show. I co w tym kontekście najważniejsze – śpiewają po angielsku. Lecz na 99% Niemiecka dziewczynka z Kolonii nigdy nie posłucha jakiegokolwiek kawałka CH. Dlaczego? Bo mniej więcej w okolicach 2006 roku w niemal całej Europie furorę zrobili chłopcy z Arctic Monkeys. Grając żywiołowego indie rocka idealnie trafili w czas popytu na ten gatunek, dzięki czemu skrzydła rozwinęli wtedy też m.in The Kooks, czy Razorlight. Jeżeli miałbym Curly Heads do kogoś porównać, to właśnie do Brytyjczyków. U nas twórczość rozczochranych chłopaków się jak najbardziej sprzedała, ale w innych krajach raczej nie wróżę im sukcesów. Po co komuś coś, co już jest znane od dziesięciu lat?
Faktem jest, że Polscy artyści mają niestety trochę pod górkę, gdyż zawsze będą już w opozycji do kolegów po fachu z zachodu, gdzie muzykę promuje się o wiele lepiej. Dlatego odgrzewany kotlet sprawdzi się u nas, ale w Anglii już niekoniecznie. Trudno, tego już nie da się przeskoczyć. Lecz stwierdzenie, że obecnie polscy artyści nie są znani poza granicami naszego kraju byłoby kłamstwem.
Jako, że jestem fanem kompaktów, to będąc czy to w Wiedniu, czy w Anglii, staram się odwiedzać sklepy z płytami. I jest jeden polski artysta, którego płyty widziałem w każdym zagranicznym sklepie oferującym sprzedaż albumów muzycznych. Domyślacie się o kogo mi chodzi? Daje Wam pięć sekund na zgadnięcie. Pięć… cztery… trzy… Podpowiem, że pierwsza litera to „B”. Dwa… nie, nie chodzi o Beatę Kozidrak. Jeden… BEHEMOTH – właściwie jedynym naszym artystą z kręgu, nazwijmy to, muzyki rozrywkowej, którego płytę kupicie w Londynie, Berlinie, czy Wiedniu jest właśnie death metalowa grupa pod przewodnictwem Nergala. Gościa, którego większość z nas zna jedynie z tego, że pozywany przez katolickich wojowników, od kilku lat musiał stawiać czoło w sądach oraz ze związku z Dodą. Na listach RMF FM Behemotha nie ma. Płyty, z tego co kojarzę, raczej nie rozchodzą się w empikach jak świeże bułeczki. To dziwne, bo grupa ta jako jedyny polski artysta w ostatnich latach zagościła w notowaniach Billboard 200. Eneja i Donatana tam nie było…
To paradoksalnie właśnie szatańskie zespoły, jak to je nazywają panie 60+, dają nam jakiekolwiek poczucie tego, że istniejemy na muzycznej mapie świata. Poza Behemothem, światowe tournee, na które przychodzi więcej osób niż kelner i właściciel klubu, odgrywa też Vader. Oczywiście co jakiś czas dany artysta chwali się, że zagra koncerty w Stanach. Nie dodaje jednak, że są to występy organizowane dla Polonii. To tak, jakby przechwalać się, że sprzedałem 100 egzemplarzy swojej książki, gdzie 97 z nich kupili moi rodzice.
Z drugiej strony, czy Behemotha mogę uznać za grupę, która uzyskała międzynarodową sławę? Po części tak, bo w końcu przez lata znajdowali się na listach sprzedaży przeróżnych krajów. Jednak ciężko tę grupę porównać do np. Sabatona, którego znają nie tylko miłośnicy blastów i nisko nastrojonych gitar. Wychodzi na to, że nie mamy żadnej międzynarodowej gwiazdy. Szkoda.
A może my się do tego po prostu nie nadajemy? Może nasza rodzima muzyka nie jest aż tak dobra, żeby sprzedawać ją poza granicami Polski? Oczywiście tacy wykonawcy jak Perfect, Lady Pank, czy choćby Edyta Górniak posiadają muzyczny talent. Ale taki sami, tyle, że o wiele większy, mają Lady Gaga, Kings of Leon, czy AC/DC.
I w sumie cieszę się, że IRA nie osiągnęła międzynarodowej kariery. Gdyby tak się stało, za bilet na ich niedzielny koncert musiałbym pewnie zapłacić duże pieniądze. A zamiast tego otrzymałem darmową wejściówkę, gdyż muzycy swoim koncertem uświetniali Dzień Strażaka.
Czy coś takiego.


